czwartek, 31 lipca 2014

Powroty, powroty

Coś się zaczyna, a coś kończy. Ostatnie 10 miesięcy było okresem bardzo intensywnym. Sporo się działo. Przeprowadzka, nowa szkoła, nowi znajomi, nauczyciele, miasto, otoczenie, przyzwyczajenia... To jest niesamowite jak potrafi się zmienić życie w ciągu kilku dni.

Mieszkanie... Chyba cała ta przeprowadzka na początku bolała mnie najbardziej. Właściciel tego domu początkowo doprowadzał mnie do szaleństwa głośnym puszczaniem muzyki, codziennymi imprezami, czy wszechobecnym syfem. Jak się okazało, nie było się czym przejmować. Rozszalał się on tak z powodu niedawnego powrotu z Włoch. Po niedługim czasie i tak wyjechał ponownie za granicę, do roboty do Anglii, a na jego miejscu pojawił się brat. Też lubił poimprezować i nabrudzić, jednak do tego wszystkiego dało się przyzwyczaić. Co dziwne, jest to jak dotąd jedyna osoba, którą znam ponad pół roku i nie miałem z nim żadnej kłótni... W mieszkaniu dostałem niewielki pokój. Ot szafa, biurko i łóżko.Wystarczająco aby spokojnie żyć. 400 złotych miesięcznie to całkiem rozsądna cena. Rower co prawda musiałem trzymać u siebie, jednak mieszkałem na pierwszym piętrze, więc znoszenie go nie sprawiało mi żadnych trudności.
No i najważniejsze: Pierwszy raz od 19 lat miałem swój własny pokój. To naprawdę mnie cieszyło... do czasu, gdy nie zaczęła mnie męczyć samotność.

Uczelnia. To co mnie tam spotkało, to był dla mnie olbrzymi szok. Cała moja wiedza o życiu studenckim sprowadzała się do tego, co opowiedzieli mi inni, albo zobaczyłem w telewizji. Jak się okazało, nie miało to żadnych związków z rzeczywistością.
Przede wszystkim największym zaskoczeniem był rozkład zajęć. Nie jest on ustawiony na tydzień, a na 2 tygodnie. Co ciekawsze, dzieli studentów na grupy projektowe, laboratoryjne i matematyczne. Wszystkie osoby z kierunku spotykały się jedynie na wykładach, które, swoją drogą, nie są obowiązkowe. Poza ostatnimi zajęciami... Oceny nie są wstawiane jak w "niższych" szkołach. Tutaj przez cały rok się uczymy i na koniec roku organizowany jest sprawdzian, z którego jest wystawiana ostateczna ocena. Wyjątkiem są laboratoria, do których musieliśmy się przygotowywać przed zajęciami na tzw. wejściówki. Co jednak jest w tym najdziwniejsze? Tutaj nie ma takiego porządku w planie zajęć jak w liceum. Nie ma tak, że zajęcia zaczynasz o 8 i kończysz o 14-16. Zajęcia są rozwalone całkowicie przypadkowo (przynajmniej ja takie wrażenie odniosłem). Jednego dnia masz na 10, kończysz 2 godziny później, aby o 16 mieć kolejne 4 godziny na uczelni. Następnego dnia idziesz na 8 i o 10 masz spokój.
Oprócz tego liczba osób. Na kierunku na początku mieliśmy 90 studentów, więc bardzo niewielkie szanse istniały, żeby znać je wszystkie. Natomiast dzieliliśmy się na grupy 15-, bądź 30-osobowe. I raczej w tych grupach się trzymaliśmy. Naprawdę niewiele osób spośród tego grona poznałem.

Środowisko. Dla mnie to była wielka zmiana. Przyzwyczajony byłem do życia na uboczu, poza ruchliwymi drogami, w cichych osiedlach. Tymczasem wylądowałem w mieście, przy ruchliwej ulicy, gdzie autobusy jeżdżą od 4 rano do 23. Z czasem jednak dało się do tego przywyknąć, a nawet przestałem zwracać uwagę. Na początku dużo spacerowałem. Naprawdę dużo. Chciałem poznać te miasto jak najlepiej i jednego dnia potrafiłem przejść 20 kilometrów. Jak się okazało, Białystok nie jest tak olbrzymim miastem, za jakie od zawsze brałem. Wiele miejsc, które poznałem przed przyjazdem, okazały się leżeć całkiem blisko siebie.
Czego mi tam najbardziej brakowało? Lasów. Naprawdę trzeba było się sporo namęczyć, aby dojechać do jakiegoś lasu z masą ścieżek, gdzie można byłoby się zgubić. Jazda w mieście z kolei szybko zaczęła nużyć. Ciągle te same widoki i cały czas sterczenie na światłach wcale nie jest takie ciekawe.

Przyzwyczajenia. Tutaj też zaszło sporo zmian. Przede wszystkim zacząłem sporo spacerować i mniej jeździć na rowerze. Chociaż kwestia dbania o kondycję zeszła daleko... Niestety, ale przez totalny brak czasu nie miałem nawet kiedy wyjść na dwór.No i przede wszystkim zmieniłem całkowicie godziny snu. O ile wcześniej chodziłem spać między 22 a północą, to teraz godziny snu zaczynały się o 14-16, bądź po powrocie z uczelni. Było to możliwe przez to, że w domu byłem całkowicie sam i nikt mi nie prawił z tego powodu morałów. Czemu to zrobiłem? Nie wiem... Zarwałem parę nocek i po prostu tak się to skończyło. Co tam jeszcze... uzależniłem się od sosu czosnkowego.

To by było na tyle. Mam nadzieję, że zbiorę chęci szybciej na napisanie kolejnego posta. Sayonara.