czwartek, 12 lutego 2015

Znużenie

Tytuł wpisu idealnie podsumowuje mój stan, który trwa już od kilku miesięcy. O co chodzi? W ostatnim czasie rutyna ogarnęła moje życie. Już nie czuję takiej energii jak to się działo swego czasu.

Kiedy w październiku 2013 roku rozpocząłem naukę na Politechnice, wówczas wszystko było nowe. Nowe mieszkanie, nowi ludzie, nowa szkoła, nowe miasto, nowy sposób życia... Wówczas mnie to fascynowało. Czułem ogromną motywację aby zawiązywać nowe znajomości, poznawać zwyczaje innych, poznawać miasto, w którym przyszło mi się żyć. Pierwszy raz w życiu mogłem w pełni decydować o tym, co mam robić... Pamiętam jak bardzo mnie zdziwiło to, że ludzie na luzie mówili o tak błahych rzeczach, jak na przykład o swoim głodzie. W poprzednich szkołach takie wyznania były niespotykane.

I wszystko było pięknie, ładnie do końca pierwszych wakacji i początku trzeciego semestru. Wówczas wszystko zaczęło się chrzanić. Wszystko to, co mnie tak ciekawiło stało się nagle szarą rzeczywistością... Rzeczywistością do której musiałem wrócić, ponownie za sobą zostawiając znajomych i rodzinę... Straciłem wszelką motywację do aktywnego życia.
Spacery? Z mieszkania na uczelnię mam 5 kilometrów drogi na piechotę. Taki spacer w obie strony zajmuje mi 2 godziny. Po powrocie z politechniki nie mam ochoty na nic, jak tylko się walnąć i zasnąć. Nie mówiąc już o wyjściu gdzieś się wyluzować.
Rower? Od sierpnia stoi zepsuty, bo nie mam ani możliwości, ani czasu na naprawę. Z tych wszystkich rzeczy, ta jest dla mnie najgorsza! Przez pierwszy rok w razie nudów mogłem wyskoczyć i się odświeżyć. A teraz? Cholera jasna, zostałem obdarty z mojej największej pasji...
Uczelnia? Strasznie zacząłem ją zaniedbywać. Obecność na zajęciach ograniczyłem do minimum, totalnie olewając wykłady. Potem tylko miałem problemy z brakiem materiałów do nauki. Na szczęście dobrzy ludzie wsparli mnie swoimi notatkami i jakoś to poszło. Chwała im za to, bo bez ich pomocy bym oblał. Nawet sesja jakoś przeszła mi strasznie obojętnie. Pół roku temu psychicznie nie wyrabiałem i potrafiłem w ciągu tygodnia przespać łącznie mniej niż 10 godzin. A teraz? Raz, czy dwa razy powtórzyłem swoją gadkę o rzuceniu studiów, ale cała sesja poszła na luzie.
Ludzie? No cóż... Towarzyskim człowiekiem nigdy nie byłem, ale próbowałem przypodobać się towarzystwu na początku znajomości z nimi. Zdarzała nam się wspólna nauka, Czasami gdzieś się wyszło. Strasznie tę kwestię zaniedbałem. Nie pamiętam kiedy ostatnio komuś pomagałem w jakimś zadaniu. Szkolne znajomości znikają wraz z opuszczeniem terenu Politechniki Białostockiej. Nawet z właścicielem mieszkania już raczej mało kiedy gadamy. I to nie tylko przez to, że widuję go raz na 2 tygodnie. Niby mam nowego współlokatora... ale szkoda gadać. Mówiąc krótko - unikamy się. Jesteśmy z dwóch różnych światów, które w żaden sposób nie mają wspólnego pola zainteresowań. To jeszcze bardziej potęguje poczucie samotności niż mieszkanie samemu.
Rozrywka? Jak już pisałem wcześniej - wracam do domu zmęczony. Pierwsze co robię, to idę spać. A potem nauka, pisanie sprawozdań, albo przechrzanianie całego wolnego czasu w internecie. Nawet z własnego pokoju, aby zrobić sobie coś jeść mi się nie chce. Taa... Stałem się cholernym no-lifem.

Nie wiem jeszcze w jaki sposób, ale muszę coś zmienić w swoim życiu. I to jak najszybciej, bo nie wiem czy przetrzymam kolejny semestr z myślą o beznadziejności mojego życia. Nie chcę, żeby to się skończyło depresją...