sobota, 15 grudnia 2012

Zdałem, k**** Zdałem!

Dzisiaj stała się rzecz niebywała, bowiem oto ja, zagorzały przeciwnik jazdy samochodem, zdałem wreszcie testy na prawo jazdy... Rany, jakie to było straszne! No ale od początku.
   Po ostatniej porażce z prawem jazdy postanowiłem się tym razem zapisać na późniejszą godzinę. Podczas jazdy autobusem na Białystok staram się nie myśleć co się będzie działo później, cały czas w głowie więc przypominałem sobie rosyjskie utwory ludowe i wojskowe. Wchodzę do WORDu, czuć odchodami a to tego w telewizji leciała jakaś tandetna muzyka. Wchodzę więc do pokoju oczekiwania na egzamin. Przez ponad godzinę siedzę koło okna obserwując jak inni próbują swoich sił i umiejętności. Większość oblewa. Pewna dziewczyna (a właściwie to już chyba kobieta) dwa razy zawala łuk, bo podczas cofania musi pokonać lekkie wzniesienie. Inny mężczyzna 2 razy zawalił łuk podczas zdawania egzaminu na traktor z przyczepą. Niedługo potem do WORDu wrócił egzaminator na quadzie... Można się załamać, bo spora część ludzi oblewa, no ale nic, nadal czekam uparcie na to, aż wyczytają moje nazwisko, przy okazji oglądając film powiadamiający mnie o tym, co daje WORD społeczeństwu i na czym mogą mnie oblać. 11.30, facet którego już zdążyłem znienawidzić, woła mnie na egzamin. Równo o czasie, dziwne.

   Wychodzę na plac egzaminacyjny, patrzę że egzaminować mnie będzie kobieta. Mam mieszane myśli. Z jednej strony zawsze mnie mój instruktor ostrzegał, że kobiety wymagają więcej, z drugiej jednak liczę na łagodną, kobiecą naturę. Losuję co mam sprawdzić. Czaiłem się na światła drogowe. Jakimś cudem nie trafiłem i wybrałem kierunkowskazy i poziom płynu hamulcowego. Dosyć głośno wyraziłem swoje zdenerwowanie, że mogę zapomnieć o swoich zadaniach, jednak ona mnie uspokaja. Zaczynam robić swoje. Otwieram maskę samochodu i oniemiałem... Cholera, gdzie jest ten cholerny zbiornik? Zaimprowizowałem. Wskazałem na właściwy, jednakże zapytała mnie, czy jestem pewien, że kreski wskazujące poziom płynu są po tej stronie po której wskazałem. Zrozumiałem szybko, że popełniłem błąd, jednak jeszcze 2 minuty sterczałem nad tą maską, aż w końcu... strzelam i wychodzi że miałem rację. Kierunkowskazy poszły bez problemu. Jeszcze przygotowanie do jazdy. z fotelem kompletnie nie wiedziałem jak trafić. Jak nie ustawię, to i tak mi niewygodnie. Potem lusterka. Ustawiam je zgodnie z przepisami, po czym znów zabieram się za mój fotel. Zapinam pas, włączam silnik i później światła.

   Ruszam na łuk i od razu widzę, że lusterka mam ustawione całkowicie źle. Trudno, już za późno. Wolę nie ryzykować w takim momencie. Przy cofaniu popełniłem błąd i każe mi się zatrzymać. Nie usłyszałem. W końcu nieźle ryknęła, to i zareagowałem. Kazała mi wysiąść. Nerwy sięgają zenitu. Cofa się na początek łuku i kolejny raz próbuję. Wyszło, cholera jasna! Jedziem więc na górkę. Zatrzymuję się na niej, zaciągam hamulec ręczny, po czym zaczynam ruszanie. Silnik zgasł. Wszystko co mogło pójść źle, poszło źle. 2 próba. Staję na tej górce i znów próbuję ruszyć. Silnik już wydał stukot sugerujący zbliżający się koniec. Dałem po gazie! Wskazówka wskazała 8000 obrotów, ale silnik nie zgasł. Raczej nie wyglądała ona na zadowoloną, jednak wyjechaliśmy na miasto.

   Już na wyjeździe z ośrodku miałem szansę zawalić. Czekałem bowiem na samochodów, który był ponad 200 metrów od tego skrzyżowania. Na drugi już nie czekam. Kilkaset metrów później mam się rozpędzić do 50km\h. Robię to z nadwyżką, za co dostaję ochrzan. Daje mi dosyć krótki odcinek do wyhamowania. Udaje się. Później już pamiętam jedynie urywki. Na drodze z ograniczeniem prędkości do 40, cały czas jechałem 45. Podczas zawracania walnąłem w krawężnik. Nie przepuściłem pewnej kobiety na pasach. Raz pojechałem prosto, kiedy miałem skręcić w prawo. Podczas parkowania, prawie nie walnąłem  inny samochód. Ostro zahamowałem gdy pod oczyma wyskoczyło żółte światło.Prawie że nie zauważyłem zakrętu po raz drugi, przez co musiałem ostro zahamować, aby się w nim zmieścić, a do tego ledwie zahamowałem, gdy zobaczyłem kobietę na przejściu dla pieszych. Ogólnie jednak jechało się dosyć przyjemnie.

   Po około 40 minutach egzaminu zaczęła się nerwica, ale już zauważyłem, że wracamy do ośrodka, więc się o wiele uspokoiłem. Cały czas w głowie mi leciały rosyjskie pieśni... Wjeżdżam na posesję i normalnie ledwie się powstrzymuję ze szczęścia. Zapytałem, czy już ktoś u niej oblał na tym etapie. Nie odpowiedziała... Dojeżdżam do łuku i mam się na nim zatrzymać, robię to, jednak już nie do końca dochodziło do mnie co się właśnie dzieje. Cofnąłem się na kopertę z jej pomocą i usłyszałem o wyniku egzaminu. Od razu poleciałem biegiem do ciotki i rzuciłem się jej na szyję. Nareszcie, po 6 nieudanych próbach będę miał to cholerne prawko... Dzwoni do jej mama. Jak tylko się dowiedziała o wyniku, to się rozwrzeszczała na cały dom. Aż Darek się ściekł na mnie, był cholernie zazdrosny... A niech ma ta menda społeczna, będę miał teraz czym go straszyć! Ha!

   Mam olbrzymią nadzieję, że nikt z mojej rodziny nie będzie już musiał aż tak się męczyć z tym. Swoją drogą jestem 4 osobą w całej mojej rodzinie, która dostała prawo jazdy... Miło. Do następnego!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Rok na bloggerze...

Minął już rok, od kiedy zacząłem pisać tego bloga. Rok, całe 366 dni... czy coś się w tym czasie zmieniło? Właściwie nic. Nadal jestem dziwakiem, którego pojawienie się powoduje zwiększenie się szansy na kłótnię... Nadal moją pasją jest kolarstwo, a muzyka jest na drugim miejscu, nadal nie mam prawa jazdy... Cholera jasna. No ale co poradzić? Takie jest po prostu życie.
Jednak nie jest ono całkowicie zahamowane. Stałem się dorosły, dzięki czemu będę mógł teraz brać udział w wyborach (raczej mnie do tego nie ciągnie), mogę legalnie się upić (i tak jetem na odwyku), mogę jeździć bez karty rowerowej (i tak nigdy jej z sobą nie brałem), no i oddawać krew... Z tego przynajmniej skorzystałem już i raczej nie przestanę.
Oprócz tego zacząłem bardziej pozytywnie patrzeć na świat. Już nawet do głowy nie przychodzą mi myśli i wolałbym zostać chirurgiem, niż antropologiem.

Garstka statystyk:
Mój blog miał 156 wyświetleń (przy czym ponad połowa to pewnie moja...), najwięcej wyświetleń mam z Polski, Rosji i USA, a najwięcej wyświetleń miałem w kwietniu (ponad połowę wszystkich!)... W 366 dni napisałem 9 postów (wliczając ten).


Oprócz tego postanowiłem założyć nowego bloga, dzięki czemu będę mógł rozdzielić własne przeżycia od komentowania wydarzeń politycznych. Jeszcze nazwy nie wymyśliłem, wiem tylko, że musi być "z jajem".
Kończę już ten krótki wpis, mam nadzieję, że już niedługo będę miał okazję do wstawienia następnego.