Dwa posty jednego dnia? A co mi tam! To po prostu musiałem napisać!
Cała sprawa zaczęła się jeszcze 2 dni temu, kiedy to powiadomiłem dziadka, że będę nocował u niego na działce. Miałem sporo planów, co będę robił. Myślałem, że podszkolę się trochę z rysunku, napiszę jakąś recenzję. A tymczasem włączyłem telewizor i zagłębiłem się w oglądanie, jak to ktoś powiedział, "kina klasy Z". Najpierw "Bestia z głębin", czyli o rybach na sterydach, które przez pół roku dostawały ludzki hormon wzrostu. Potem "Władca komarów", czyli o kolesiu, który przy ucieczce zaraził się wirusem i wymutował w komara... a raczej coś co niego przypominało. Ponoć to były horrory, ale ubaw przy oglądaniu był przedni. Tej nocy nie zasnąłem w ogóle.
W sumie nad ranem nie czułem żadnego zmęczenia, więc cały dzień spędzałem normalnie. To czytałem książkę, to siedziałem przy komputerze. O 15 wyruszyłem nawet w trasę. Pierwszy raz jechałem tak dziwną trasą, do tego od dawna nie szło mi to z taką łatwością. W drodze z Nowoberezowa do Hajnówki zastały mnie jednak bardzo ciężkie warunki. Wiatr wiał z bardzo dużą siłą, że miałem ochotę zejść i zacząć prowadzić. Mięśnie po prostu odmawiały posłuszeństwa. Jakoś dojechałem do Hajnówki i nagle zaczęły się jakieś dziwne obrazy. To ktoś się ze mnie śmiał, po czym poczuł zemstę, potem ganiał za mną koleś z granatem, który chciał mnie nim wysadzić...
Obudziłem się o 3 nad ranem, w swoim łóżku, przykryty kocem. Pierwsze co powiedziałem, to "Co do cholery się stało?!". Nic nie rozumiałem, nie pamiętałem co się stało, nie wiedziałem jak trafiłem do domu. Spodziewałem się nawet, że ktoś mnie tutaj przywiózł. A ponoć takie coś to tylko po alkoholu... Pierwsze co zrobiłem, to poszedłem wziąć prysznic. Wtedy zaczęło do mnie docierać. Przypomniałem sobie, że do domu dojechałem sam, pamiętałem dzieciaki przed domem, które jakoś dziwnie się na mnie patrzyły i że chciałem się umyć, ale siostra akurat była w łazience. Wtedy miałem się położyć w oczekiwaniu na swoją kolej.
W sumie nic wielkiego to nie jest, ale jednak na mnie zrobiło to olbrzymie wrażenie, bo całkowicie pogubiłem dni. Nie wiem czy dzisiaj to dzisiaj, czy jeszcze wczoraj... Pierwszy raz mi się to przytrafiło, a już potrafiłem przesadnie się zabawić na imprezach.
To tyle na dzisiaj.
piątek, 31 maja 2013
Matura, tydzień 4
Tym razem krótko, bowiem czekał mnie w tym tygodniu tylko jeden egzamin. Ustny z języka angielskiego. Właściwie się nawet zastanawiałem, czy nie połączyć obu postów.
Spodziewałem się, że wyniki tradycyjnie przyjdą o 15.30, więc opóźniałem swój przyjazd. Wyjechałem o 14.50, przy czym jechałem bardzo ostrożnie, bo słyszałem grzmoty. Jak dojechałem na miejsce, to od razu zrozumiałem, że egzaminy skończyły się pół godziny przed moim przyjazdem... Spodziewałem się, że chociaż ostatni raz zobaczę swoją klasę w pełnym składzie... No nic, spotkałem moją egzaminatorkę, a ta podała mi wynik. Miałem 25/30, co w sumie jest wynikiem bardzo pozytywnym, jak na kogoś, kto nie wyrabiał się w nauce angielskiego w szkole.
Po tym pojechałem do swojej ciotki, aby opowiedzieć jej o wszystkim. Rozmowa widocznie kleiła się trochę słabiej, ale i tak było miło. Po 2 godzinach wróciłem do domu i jedynie co mi pozostało, to wyrzucić swoje "świąteczne" ubrania do prania... To już jest koniec!
Język angielski, ustny
W poniedziałek, 27 maja, czekał mnie ostatni egzamin w tym maturalnym maratonie. Sam egzamin już wcześniej wliczałem do tych "niskiego ryzyka", bo potrafię komunikować się w tym języku w miarę płynnie, a szkoła nie wymaga zbyt wiele od swoich uczniów. Z tego też powodu nie szargały mnie nerwy, nie czułem, że muszę dać z siebie wszystko, nawet nie przejmowałem się tym, że mogę się spóźnić. Przyjechałem do szkoły dość wcześnie, ale już dwie dziewczyny z sąsiedniej klasy czekały na egzamin z polskiego... Współczuję im, że dali im tak późny termin. Przed egzaminem zostałem poproszony przez nauczycielkę, abym nie rozgadywał się zbytnio, dzięki czemu szybciej to pójdzie. W sumie to było trochę mi nie w smak, bo nie potrafię się streszczać w rozmowach. Zostałem zaproszony przed czasem. Najpierw "rozmowa wstępna". Proste pytanie jak się czuję i tak dalej. Potem odgrywanie roli kupującego psa... Gadałem tak okrężnie, że często musiałem się powtarzać. Następnie opis zdjęcia z jakimś kolesiem na pustym porcie lotniczym, a na koniec wybór sposoby na znalezienie mieszkania.Tutaj też nie ma nad czym się zbytnio rozpisywać. Egzamin ukończyłem już po 10 minutach. Na wyjściu jeszcze spotkałem koleżankę z klasy, której to przekazałem wiadomość o streszczaniu się, po czym wróciłem do domu.Spodziewałem się, że wyniki tradycyjnie przyjdą o 15.30, więc opóźniałem swój przyjazd. Wyjechałem o 14.50, przy czym jechałem bardzo ostrożnie, bo słyszałem grzmoty. Jak dojechałem na miejsce, to od razu zrozumiałem, że egzaminy skończyły się pół godziny przed moim przyjazdem... Spodziewałem się, że chociaż ostatni raz zobaczę swoją klasę w pełnym składzie... No nic, spotkałem moją egzaminatorkę, a ta podała mi wynik. Miałem 25/30, co w sumie jest wynikiem bardzo pozytywnym, jak na kogoś, kto nie wyrabiał się w nauce angielskiego w szkole.
Po tym pojechałem do swojej ciotki, aby opowiedzieć jej o wszystkim. Rozmowa widocznie kleiła się trochę słabiej, ale i tak było miło. Po 2 godzinach wróciłem do domu i jedynie co mi pozostało, to wyrzucić swoje "świąteczne" ubrania do prania... To już jest koniec!
Plany na przyszłość
Nie mam dokładnie ich ustalonych... Myślałem żeby pójść na budownictwo (chciałem na architekturę, ale rysować nie umiem!), albo informatykę (ale sporo innych też chce... może być za duża konkurencja w przyszłości). Mam czas w do końca miesiąca na wybór uczelni. Jeżeli się nie wyrobię... No to klops, bo pozostanie mi pójście do roboty (co zresztą i tak będę musiał zrobić na tych wakacjach). Ewentualnie służba wojskowa... nie, na to już się nie zgodzę.niedziela, 26 maja 2013
Matura, tydzień 3
No i już minął trzeci tydzień matury. Szybko mi to zleciało, nie ma co. W tym tygodniu zmierzyłem się z podstawami fizyki i języka francuskiego, oraz pokazem elokwencji z języka polskiego. Pomimo tego, że w tym tygodniu miały być tylko 3 egzaminy, to spodziewałem się, że to będzie najtrudniejszy tydzień ze wszystkich. I nie myliłem się...
Po powrocie do szkoły po wyniki zastałem resztę swojej klasy. Jeden zachęcał mnie do założenia konta na Facebooku, bo ponoć dużo się tam dzieje... Ale ja nadal nie widzę w tym sensu. Reszta rozmawiała o zbliżającej się imprezie. Gadali do mnie, jakby nie wiedzieli, że się tam nie pojawię... Nieważne, nie chciało mi się tam wybierać. O 15 przyszły wyniki. Jak się okazało, dostałem 12 punktów na 20, czyli 60%. Zdałem bez problemu.
Zgodnie z oczekiwaniami, pojawiłem się tam jako jedyny. Pilnowały mnie 3 osoby: Dwóch nauczycieli W-Fu i jedna nauczycielka z innej szkoły. Trochę dziwne uczucie, ale trzeba było się przyzwyczaić. Rozumienie ze słuchy całkowicie zawaliłem, chociaż... zawalałem i podczas egzaminów próbnych, a i tak wychodziło potem 10-13/15, bo kierowałem się intuicją... Potem czytanie. Było bardzo proste. Spodziewam się mieć przynajmniej 3/4 możliwych z tego punktów. A wypracowania? Słabo gramatycznie, ale od dawna tak przyjemnie mi się tego nie pisało.
Na ile liczę? Powinienem mieć przynajmniej 50%, inaczej mogę walnąć kilka razy głową w ścianę, że nie wysłałem na maila mojej nauczycielki wypracowania, którego temat mi podrzuciła...
Fizyka, podstawowy
Chociaż był to egzamin jedynie dla chętnych, to ciążyła na mnie niemała presja. W tym sprawdzianie brało udział sporo osób z sąsiednich klas, więc i głupio by było gdybym ja, uczeń klasy matematyczno-fizycznej, miał o wiele gorszy wynik od nich. Podobnie jak poprzednio, uczyłem się dosyć niewiele, raptem kilka zadań rozwiązałem w tym czasie. Jak się okazało, jednak był to dosyć trudny test. W pytaniach zamkniętych nie miałem żadnych problemów, podobnie z kilkoma otwartymi, jednak i znalazły się takie perełki, do których nawet nie wiedziałem jak podejść... W jednym zadaniu wyszło mi na przykład, że foton osiągnie prędkość światła w mniej niż sekundę. Jeden z sąsiedniej klasy wyszedł już po godzinie... prawdopodobnie stwierdził, że i tak nic z tego nie będzie. Ja skończyłem po 2 godzinach, ale po wyjściu jednak poczułem lekki niedosyt... Prawdopodobnie na uczelnię zamiast fizyki będę musiał wpisać biologię, którą to się najmniej przejmowałem.Język polski, ustny
Dwa dni po fizyce, w środę, sprawdzałem swoje umiejętności w interpretacji utworów Hłaski. Moja kiepska pamięć prawiła, że pozapominałem imiona wszystkich bohaterów, więc musiałem improwizować. Strasznie się jąkałem, przez co zabrakło mi nawet czasu na przekazanie jakichś "głębszych myśli". A w opisie życia PRL-u strasznie lałem wodę. Nie przygotowywałem się do tego, co będę mówił, więc i moja przemowa była czystą improwizacją. Potem pytania od nauczyciela... Prośba o streszczenie utworu została spełniona bez problemów, chociaż i mi przerwał w połowie. Chyba po prostu za bardzo zagłębiałem się w szczegóły. Miałem też zinterpretować tytuły. Powołałem się na teksty utworów, ale myślę, że nie wyszło mi to najlepiej. A na koniec najtrudniejsze... W jaki sposób przydały mi się opracowania tych lektur. Dość okrężną drogą stwierdziłem, że w żaden, bo całą wiedzę na ich temat już miałem.Potem jeszcze tylko dodałem, że sam zająłem się interpretacją, bo w szkole w ogóle jego twórczości nie omawialiśmy. Wyszedłem z sali pewny swego.Po powrocie do szkoły po wyniki zastałem resztę swojej klasy. Jeden zachęcał mnie do założenia konta na Facebooku, bo ponoć dużo się tam dzieje... Ale ja nadal nie widzę w tym sensu. Reszta rozmawiała o zbliżającej się imprezie. Gadali do mnie, jakby nie wiedzieli, że się tam nie pojawię... Nieważne, nie chciało mi się tam wybierać. O 15 przyszły wyniki. Jak się okazało, dostałem 12 punktów na 20, czyli 60%. Zdałem bez problemu.
Język francuski, podstawowy
W piątek miałem kolejny, już 12 egzamin. Próbowałem przed tym jeszcze jako się przygotować, ale tradycyjnie Francuzi nie byli zbyt skłonni do rozmów. Z jedną jeszcze jako próbowałem się dogadać, ale niezbyt się udało... Jak się okazało, była ona lesbijką, a ja miałem w podpisie pochwałę łączenia się ludzi, ale tylko różnych płci -.- . Do tego w "ulubionych" miałem obrazek kolesia, który napisał "Jestem bardzo oryginalny. Nie jestem pedałem". Następnym razem powinienem być bardziej ostrożny w tym co robię.Zgodnie z oczekiwaniami, pojawiłem się tam jako jedyny. Pilnowały mnie 3 osoby: Dwóch nauczycieli W-Fu i jedna nauczycielka z innej szkoły. Trochę dziwne uczucie, ale trzeba było się przyzwyczaić. Rozumienie ze słuchy całkowicie zawaliłem, chociaż... zawalałem i podczas egzaminów próbnych, a i tak wychodziło potem 10-13/15, bo kierowałem się intuicją... Potem czytanie. Było bardzo proste. Spodziewam się mieć przynajmniej 3/4 możliwych z tego punktów. A wypracowania? Słabo gramatycznie, ale od dawna tak przyjemnie mi się tego nie pisało.
Na ile liczę? Powinienem mieć przynajmniej 50%, inaczej mogę walnąć kilka razy głową w ścianę, że nie wysłałem na maila mojej nauczycielki wypracowania, którego temat mi podrzuciła...
Przyszły tydzień
Będzie on jednocześnie ostatnim. Ukończyłem już 12 egzaminów z 13, więc pozostał mi tylko jeden: ustny z języka angielskiego. Kompletnie się nie boję o to co się wydarzy, bo ten język znam wystarczająco dobrze. Codzienne rozmowy spowodowały, że wykształciłem własny styl. Co prawda popełniam masę błędów, ale mówię w takim stopniu, że nie brzmi to sztucznie. No to tradycyjnie, do następnego!niedziela, 19 maja 2013
Matura, tydzień 2
Po pierwszym, dość wyczerpującym, tygodniu egzaminów, przyszedł czas na kolejny. Tym razem zmierzyłem się z białoruskim, biologią i chemią.
Nerwy mną trochę szargały, przez co obudziłem się już o 2.30 i nie chciało mi się już spać. Postanowiłem więc zrobić w pamięci próbę generalną. Omawiałem przez 15 minut, a do tego musiałem wyciąć sporą część tematów. Od razu zrobiło mi się lżej, bo nie spodziewałem się, że uda mi się wyciągnąć chociaż do 10 minut. Po tym już tylko spokojnie zasnąłem. Wyjechałem do szkoły trochę wcześniej niż powinienem, więc i sporo czasu tam czekałem. Dosyć było nerwowo, ale rozmowy ze znajomymi jakoś uspokoiły sytuację.
Równo o ósmej zostałem zaproszony do sali. Najpierw zacząłem od opowiedzenia, dlaczego wybrałem ten temat, po czym przeszedłem do rzeczy. Kiedy skończyłem, spojrzałem na zegarek i ogarnęło mnie przerażenie. Mówiłem dokładnie to samo co podczas próby, a minęło jedynie 5 minut! Od tej pory to już była tylko czysta improwizacja. Gadałem co o pijaństwie, o religii, podejściu do miastowych i własnej higieny... Jakoś dociągnąłem moją szemraną białoruszczyzną do 12 minut. Potem pytania... Raczej nie były one zbyt trudne, ale niektórych słów nie rozumiałem, przez co musiałem zapytać o wytłumaczenie. Jakoś to poszło, a na wyniki musiałem czekać do 15.
Kiedy przyjechałem do szkoły, czekała już spora grupka osób. Na szczęście mogłem pogadać z kolegą, który akurat zdawał ustny z polskiego. No i jego grupa otrzymała wyniki jako pierwsza. Dostał on 7/20... Zdaje się od 6 punktów, więc może on mówić o olbrzymim szczęściu. Potem moja kolej... Najpierw informacja, że wszyscy zdali, potem że jest to podsumowanie 3 lat nauki języka. Dostałem 19/20... Jak to usłyszałem, to nie mogłem wprost uwierzyć. Ale potem było jeszcze ciekawiej... Jak się okazało, większość osób miało maksymalną ilość punktów, a nikt nie zszedł poniżej siedemnastki. Mimo wszystko miło.
W wypracowaniu wybrałem omówienie wiersza Janki Kupały, w którym mówił o potrzebie szukania szczęścia blisko siebie. Była to pochwała lokalnego patriotyzmu, więc był to temat idealny dla mnie. Lubię bardzo narzekać na to, że ludzie wstydzą się swojego pochodzenia, a szczęścia szukają gdzieś daleko. Rozpisałem się tak bardzo, że ledwie zmieściłem się w wyznaczonym miejscu. Jak dla mnie 3,5 strony to zdecydowanie za mało. Innym jednak sprawił problem dociągnięcie do 2 stron. Bardzo przyjemnie się pisało, więc i wynik powinien być wysoki. Jedynie co może mi w tym przeszkodzić, to mój charakter pisma i zbyt oryginalne poglądy...
Podobnie jak z chemii, matura była bardzo długa. Jednak była ona wyjątkowo łatwa. Część pytań co prawda odnosiła się do wiedzy na temat nazewnictwa, ale były też zadania, które można było rozwiązać logiką. I to właśnie w nich szło mi najlepiej. Zawsze dobrze mi szło z biologii, pomimo, że nie przejmowałem się zbytnio tym przedmiotem. Liczę na przynajmniej 50%.
W środę ustny z polskiego. Dobry temat wybrałem, do tego nawet przeczytałem książkę, ale i tak mam pewne obawy... Aby tylko było te 6 punktów, nikt nawet na tę maturę nie patrzy.
A w piątek mój faworyt - francuski. Jako jedyny w szkole przystępuję do tego egzaminu. Trochę jest to denerwujące, że nie miałem jak się poduczyć, ale i tak jestem dobrej myśli. A tymczasem do następnego tygodnia!
Język białoruski, ustny
Był to pierwszy egzamin ustny z trzech, jakie mnie czekają. Przed maturami właśnie tego egzaminu obawiałem się najbardziej. Nie chodziło bynajmniej o język, ale o sam temat jaki sobie wybrałem. Kiedy zobaczyłem listę tematów, od razu wybrałem temat o życiu białoruskiego chłopstwa na początku XX wieku w oparciu o "Новую зямлю" Jakuba Kołasa. Poemat był dość długi, przypominał "Pana Tadeusza" (którego właśnie nie cierpię za formę), a do tego był napisany po białorusku. Przez 8 miesięcy zdobyłem się na przeczytanie jedynie 50 stron na 300. Jednak przez sobotę i niedzielę przeczytałem kilkanaście kolejnych rozdziałów, pomijając połowę, a 2 w języku polskim. Nie przygotowałem sobie listy tematów, na jakie miałem mówić, więc zdecydowałem się na improwizację.Nerwy mną trochę szargały, przez co obudziłem się już o 2.30 i nie chciało mi się już spać. Postanowiłem więc zrobić w pamięci próbę generalną. Omawiałem przez 15 minut, a do tego musiałem wyciąć sporą część tematów. Od razu zrobiło mi się lżej, bo nie spodziewałem się, że uda mi się wyciągnąć chociaż do 10 minut. Po tym już tylko spokojnie zasnąłem. Wyjechałem do szkoły trochę wcześniej niż powinienem, więc i sporo czasu tam czekałem. Dosyć było nerwowo, ale rozmowy ze znajomymi jakoś uspokoiły sytuację.
Równo o ósmej zostałem zaproszony do sali. Najpierw zacząłem od opowiedzenia, dlaczego wybrałem ten temat, po czym przeszedłem do rzeczy. Kiedy skończyłem, spojrzałem na zegarek i ogarnęło mnie przerażenie. Mówiłem dokładnie to samo co podczas próby, a minęło jedynie 5 minut! Od tej pory to już była tylko czysta improwizacja. Gadałem co o pijaństwie, o religii, podejściu do miastowych i własnej higieny... Jakoś dociągnąłem moją szemraną białoruszczyzną do 12 minut. Potem pytania... Raczej nie były one zbyt trudne, ale niektórych słów nie rozumiałem, przez co musiałem zapytać o wytłumaczenie. Jakoś to poszło, a na wyniki musiałem czekać do 15.
Kiedy przyjechałem do szkoły, czekała już spora grupka osób. Na szczęście mogłem pogadać z kolegą, który akurat zdawał ustny z polskiego. No i jego grupa otrzymała wyniki jako pierwsza. Dostał on 7/20... Zdaje się od 6 punktów, więc może on mówić o olbrzymim szczęściu. Potem moja kolej... Najpierw informacja, że wszyscy zdali, potem że jest to podsumowanie 3 lat nauki języka. Dostałem 19/20... Jak to usłyszałem, to nie mogłem wprost uwierzyć. Ale potem było jeszcze ciekawiej... Jak się okazało, większość osób miało maksymalną ilość punktów, a nikt nie zszedł poniżej siedemnastki. Mimo wszystko miło.
Chemia, podstawowy
Już następnego dnia miałem zdawać kolejny przedmiot dla chętnych. Nigdy zbytnio nie przepadałem za chemią, ale jeszcze przed maturą rozwiązywałem masę zadań, to od nauczycielki, to z pracy domowej siostry... Wyniki napawały mnie optymizmem, bo zadania nie sprawiały mi jakiejś wybitnej trudności. Na egzaminie, poza mną, były jeszcze 3 osoby z mojej klasy, więc w miarę było swojsko. Matura była dosyć długa. Nie licząc matematyki, najdłuższa. Część zadań, pozornie prostych, sprawiła mi mnóstwo problemów, a inne poszły aż nadto łatwo.Wyszedłem na 5 minut przed czasem. Liczę na przynajmniej 40%, bo egzamin był łatwy.Język białoruski, podstawowy
W środę, 14 maja, wypadł dzień wolny. Ponoć było wtedy jakieś święto żydowskie. Miałem wtedy czas na naukę... czego kompletnie nie wykorzystałem. Nie było przede mną żadnego egzaminu, którego bym się obawiał. Tej nocy spałem dosyć spokojnie, bo wiedziałem czego się spodziewać. Teoretycznie miało to wyglądać tak samo jak test z polskiego, jednak z góry było wiadomo, że będzie on łatwiejszy. W rozumieniu tekstu czytanego było o brukowcach. Tekst był napisany prostym, przyjemnym językiem. Zadania były równie łatwe.W wypracowaniu wybrałem omówienie wiersza Janki Kupały, w którym mówił o potrzebie szukania szczęścia blisko siebie. Była to pochwała lokalnego patriotyzmu, więc był to temat idealny dla mnie. Lubię bardzo narzekać na to, że ludzie wstydzą się swojego pochodzenia, a szczęścia szukają gdzieś daleko. Rozpisałem się tak bardzo, że ledwie zmieściłem się w wyznaczonym miejscu. Jak dla mnie 3,5 strony to zdecydowanie za mało. Innym jednak sprawił problem dociągnięcie do 2 stron. Bardzo przyjemnie się pisało, więc i wynik powinien być wysoki. Jedynie co może mi w tym przeszkodzić, to mój charakter pisma i zbyt oryginalne poglądy...
Biologia, podstawowy
17 maja miał nadejść egzamin, będący dla mnie jedną, wielką niewiadomą. W ogóle się do niego nie uczyłem, nie uczęszczałem na żadne zajęcia dodatkowe, ani nie powtarzałem sobie materiału. Oprócz mnie, zdawała tylko jedna osoba z mojej klasy. Przez cały czas się zastanawiałem, co ja tam właściwie robię, nawet inni patrzyli na mnie z lekkim niedowierzaniem. Dziwniejsi byli jednak dwaj z klasy humanistycznej, którzy zdecydowali się na rozszerzenie...Podobnie jak z chemii, matura była bardzo długa. Jednak była ona wyjątkowo łatwa. Część pytań co prawda odnosiła się do wiedzy na temat nazewnictwa, ale były też zadania, które można było rozwiązać logiką. I to właśnie w nich szło mi najlepiej. Zawsze dobrze mi szło z biologii, pomimo, że nie przejmowałem się zbytnio tym przedmiotem. Liczę na przynajmniej 50%.
A co w przyszłości?
W przyszłym tygodniu czekają mnie kolejne 3 egzaminy. W poniedziałek fizyka. Teoretycznie powinna być moją mocną stroną, w końcu uczę się mat-fizie... Ale mam przeczucie, że aż tak wesoło to nie będzie. Nigdy nie miałem pamięci do wzorów. Do tego nigdy lubiłem elektryczności, a ona będzie na 100%.W środę ustny z polskiego. Dobry temat wybrałem, do tego nawet przeczytałem książkę, ale i tak mam pewne obawy... Aby tylko było te 6 punktów, nikt nawet na tę maturę nie patrzy.
A w piątek mój faworyt - francuski. Jako jedyny w szkole przystępuję do tego egzaminu. Trochę jest to denerwujące, że nie miałem jak się poduczyć, ale i tak jestem dobrej myśli. A tymczasem do następnego tygodnia!
niedziela, 12 maja 2013
Matura, tydzień 1
No i stało się, matura się zaczęła i już jestem po pierwszych egzaminach. Początkowo planowałem zdawać relację po każdym dniu egzaminów, jednak zabrakło i czasu i chęci... Po pierwszym tygodniu skończyłem już 5 z 13 wybranych przeze mnie egzaminów. Poszło mi nawet całkiem nieźle, mam wrażenie, że tegoroczna matura została zrobiona nawet zbyt łatwą. Przez cały tydzień przed maturą nocowałem w domku działkowym, gdzie mogłem w spokoju przygotować się do egzaminu z matematyki. Wyniki wynosiły średnio 70%, co jak dla mnie było czymś przynajmniej zadowalającym. Po spokojnie spędzonych świętach otrzymałem błogosławieństwo od moich dwóch ciotek. Matka panikowała, ponoć nawet spać nie mogła, podczas gdy ja zachowywałem się całkowicie normalnie. Kompletnie do mnie nie docierało to, co miało się wydarzyć. 7 kwietnia rozpoczęły się egzaminy...
Później jeszcze wybrałem się w odwiedziny do ciotki. Przygotowała mi niezły obiad i przez 3 godziny rozmawialiśmy właściwie o wszystkim. Dała mi swój numer telefonu i w razie następnej wizyty miałem zadzwonić.
Na 14 wróciłem do szkoły na rozszerzenie. To już był całkowicie inny poziom! Słowotwórstwo u mnie leży, tak samo składnia. A z tego była właśnie złożona pierwsza część. W wypracowaniu wybrałem opowiadanie o dwóch młodych, co odkryli coś w zamku. A ja napisałem o kolesiu, co jechał na Wawel samochodem i groził innym siekierą... Oczywiście wątek z zadania był, ale raczej pełnił rolę drugorzędną. Sprawdzającemu to się na 100% nie spodoba... No ale byłem oryginalny, bo wszyscy inni pisali o potrawach z różnych stron świata.
Kolejna godzina czekania na egzamin upłynęła na rozmowach z innymi. Wtedy też się dowiedziałem, że trzeba było zakreślić temat... Głupio, bo tego nie zrobiłem. W drugiej części zaczęliśmy od słuchania. Tym razem tak lekko nie było, bo gadali oni o wiele szybciej i więcej. Wiem, że jedno zadanie zrobiłem w 100% dobrze, z pozostałymi to już nie wiem. Potem uzupełnianie tekstu... Jedno zadanie odnosiło się do "Dragon's Den", więc i było dla mnie ono bardzo łatwe. Skończyłem egzamin niedługo przed 18.00. O tej porze, to już raczej nie myślę zbytnio o nauce. Nie wiem na co mogę z rozszerzenia liczyć... Myślę, że będzie gdzieś pomiędzy 40-60%.
Język polski
Tego dnia obudziłem się wcześnie rano. Początkowo chciałem jeszcze się trochę pouczyć, ale dotarło do mnie, że nie ma to już najmniejszego sensu. Tego dnia w domu były jedynie moje siostry, które ostro przeholowały z alkoholem, więc miałem spokój i czas na spokojne przygotowanie się. Wyjechałem dosyć wcześnie, bo cały czas się bałem, że pomyliłem godziny i egzamin miał być o 8.00. Ten czas spędziłem w czytelni, czytając pierwszą z brzegu książkę. Ciekawa sprawa z tym polskim chrześcijaństwem... Dla chłopów wszystkie wydarzenia biblijne działy się w Polsce, a ten kraj miał być wylęgarnią świętych. Niedługo przed dziewiątą zaczęto wyczytywać nazwiska. Zdziwiło mnie to, że byłem gdzieś w środku, zamiast być wyczytanym jako pierwszy... Rozsadzano według daty narodzin. Na sali gimnastycznej panował niezły zgiełk, ale z czasem ludzie się uspokoili i można było zacząć całą procedurę. Przez 15 minut siedziałem tylko przy tej ławce i się nudziłem. Kiedy tylko odczytałem tekst, od razu mi się zrobiło weselej. Pomimo tego, że był to egzamin z polskiego, tekst miał tematykę naukową. Pytania nie sprawiły mi większej trudności, chociaż niektórych nie rozumiałem. W wypracowaniu wziąłem temat o autorytetach w "Przedwiośniu". Samego tekstu nie znałem, więc lałem wodę niemiłosiernie. Już po półtora godziny skończyłem pisać, a że mi było nudno, więc skończyłem egzamin i wyszedłem. Jako trzeci ze wszystkich...Później jeszcze wybrałem się w odwiedziny do ciotki. Przygotowała mi niezły obiad i przez 3 godziny rozmawialiśmy właściwie o wszystkim. Dała mi swój numer telefonu i w razie następnej wizyty miałem zadzwonić.
Matematyka, podstawowy
Już następnego dnia miałem mieć egzamin z matematyki. Cały poprzedni dzień miałem w planach powtórzenie materiału, ale zabrakło chęci. Tym razem już spokojniej do tego podchodziłem. Znowu wyczytywanie nazwisk, znów według daty urodzenia. Przy czym były 2 osoby z poprzedniego rocznika i jeszcze jeden, około 30-letni, mężczyzna. Znów trzeba było czekać 15 minut. Chcieli nas wynudzić, czy co? Pytania zamknięte przeleciałem bez problemu. Z otwartymi również nie przemęczyłem się zbytnio. denerwowałem się jedynie przy przenoszeniu odpowiedzi na kartę. Znów wyszedłem po półtora godziny. Egzamin był tak łatwy, że wynik poniżej 100% mnie nie zadowoli. Jedynie czego mogą się sprawdzający uczepić, to sposób zapisywania odpowiedzi. W skali trudności do 15, daję temu egzaminowi 4.Angielski, podstawowy i rozszerzenie
Nie wiem kto padł na pomysł, żeby egzamin z rozszerzenia robić o 14, bo pomysł jest przynajmniej nietrafiony. Oba egzaminy pisałem już w normalnych salach lekcyjnych. Najpierw pisałem podstawy. Jak mogłem się spodziewać, był on bardzo łatwy, bo w słuchaniu zrozumiałem wszystko. W czytaniu podobnie, a list nie był zbytnio wymagający (ale limity słów są do bani! Przez 30 minut pisałem list, aby przez kolejne 15 skreślać połowę zdań). Po tym egzaminie wróciłem do domu zregenerować siły.Na 14 wróciłem do szkoły na rozszerzenie. To już był całkowicie inny poziom! Słowotwórstwo u mnie leży, tak samo składnia. A z tego była właśnie złożona pierwsza część. W wypracowaniu wybrałem opowiadanie o dwóch młodych, co odkryli coś w zamku. A ja napisałem o kolesiu, co jechał na Wawel samochodem i groził innym siekierą... Oczywiście wątek z zadania był, ale raczej pełnił rolę drugorzędną. Sprawdzającemu to się na 100% nie spodoba... No ale byłem oryginalny, bo wszyscy inni pisali o potrawach z różnych stron świata.
Kolejna godzina czekania na egzamin upłynęła na rozmowach z innymi. Wtedy też się dowiedziałem, że trzeba było zakreślić temat... Głupio, bo tego nie zrobiłem. W drugiej części zaczęliśmy od słuchania. Tym razem tak lekko nie było, bo gadali oni o wiele szybciej i więcej. Wiem, że jedno zadanie zrobiłem w 100% dobrze, z pozostałymi to już nie wiem. Potem uzupełnianie tekstu... Jedno zadanie odnosiło się do "Dragon's Den", więc i było dla mnie ono bardzo łatwe. Skończyłem egzamin niedługo przed 18.00. O tej porze, to już raczej nie myślę zbytnio o nauce. Nie wiem na co mogę z rozszerzenia liczyć... Myślę, że będzie gdzieś pomiędzy 40-60%.
Matematyka, rozszerzenie
To był egzamin na który czekałem najbardziej. Tym razem odbył się na auli. Nasza klasa stanowiła większość, więc czułem się dosyć swobodnie. Wyjątkowo siedziałem na ostatniej ławce. Tradycyjnie znów trzeba było czekać masę czasu, ale tym razem zeszło to o wiele szybciej. Można było wyczuć różnicę w poziomie egzaminu względem podstaw, chociaż i tak był on, jak na ten poziom, łatwy. Siedziałem prawie że do końca, ale poza jednym zadaniem, wszystkie zrobiłem. Część z nich zrobiona była szybko i sprawnie, nad innymi trzeba było się nagłowić. Jak się potem okazało w części zadań wychodziły mi złe wyniki, ale myślę, że punkty będą. Po egzaminie trzeba było jeszcze pójść do naszej nauczycielki z matematyki, żeby ją trochę uspokoić. I tak się skończył pierwszy tydzień matur...Co teraz?
Jutro ustny egzamin z białoruskiego. To właśnie przed nim się boję najbardziej, bo wybrałem dość nieprzyjemny temat, a książki do dzisiaj nie przeczytałem. Trochę poćwiczę, trochę powymyślam i jakoś wypełnię te 15 minut. Oprócz tego jest jeszcze chemia, biologia i... No właśnie, co jeszcze? Nie pamiętam... No nic, do następnego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)