26 kwiecień, kolejny dzień do szkoły... i ostatni. Dzisiaj właśnie, mam nadzieję, ukończyłem naukę w liceum, a przede mną już tylko matura. Ale od początku:
Dla niektórych nauczycieli rok szkolny skończył się właściwie już w lutym. Z francuskiego nauczycielka stwierdziła, że skończył się już materiał, więc jedynie pracowała ze mną. Z geografii już też przestała obrabiać materiał, pomimo tego, że jeszcze sporo zostało. Podobnie z chemii i biologii. Z historii, co się pewnie dla wielu narodowców nie spodoba, też dosyć pobieżnie podchodziliśmy do sprawy. Już wtedy wszyscy czuli, że ten okres już się kończy...
Czas płynął, coraz więcej osób wolało zostać w domu, zamiast gnić w ławkach, a prawie każdy nauczyciel nic nie robił na lekcjach, no bo po co? W tym czasie swobodnie uczyłem się z chemii i fizyki, a z francuskiego co tydzień wypracowania (próbowałem pogadać z Francuzami, ale nic z tego nie wychodziło. Albo uważali, że jestem 9-letnim dzieckiem, bo nie umiem pisać, albo całkowicie olewali... Strasznie niemiło)
2 tygodnie przed końcem... Ludzie właściwie w ogóle przestali przychodzić. Normalna frekwencja wynosiła 28/30. Wtedy już tylko 10/30 (na matematyce i fizyce 20/30). Jedynie na przedmiotach maturalnych pracowałem, więc i ja się zastanawiałem, czy warto tam siedzieć. Postanowiłem jednak, że spędzę te ostatnie chwile liceum. W międzyczasie dostałem wezwanie do stawienia się przed komisję wojskową, więc i kolejny dzień wypadł. Na jednej z lekcji matematyki nauczycielka rozmawiała na temat zbliżającego się końca. Dosyć niepotrzebnie wpadłem w dyskusję na temat mojej sytuacji rodzinnej. Miałem wrażenie, że się ona prawie nie popłakała... a może to był katar?
Ostatni tydzień. Średnio 3-4 osoby na lekcjach, tyle samo na W-Fie. Nauczyciele byli bardzo zdziwieni, że jeszcze ktokolwiek się pojawiał. No ale w szkole były lepsze warunki niż w domu. Nawet na lekcji religii nauczyciel zaczął z nami całkiem normalnie rozmawiać, bardzo szczerze. W środę, przedostatni dzień byłem jedynie na francuskim. Próbny test poszedł mi doskonale. Na biologii sama nauczycielka mnie wygoniła, bo miałem dostarczyć usprawiedliwienia. Nawet wychowawczyni mi mówiła, abym je podrobił... Kiepski w tym jestem i jednak musiałem czekać. Czwartek - ostatni dzień nauki. Przez cały dzień były ledwie 3 osoby. Na białoruskim byłem sam, bo mieliśmy zastępstwo z mało lubianą nauczycielką. Nie dała mi się uczyć, ale bardzo fajnie się dyskutowało na temat Białorusi. Nawet nie wiedziałem, że tak dobrze rozumiem ten język... Przy okazji dowiedziałem się, że w moim regionie nie ma Ukraińców, a jedynie Białorusini, którzy polecieli na kasę i próbują wmówić ukraińskość innym.
Ostatni dzień, zakończenie roku szkolnego... Przystroiłem się, jak należy, no i wyszedłem po swój rower (a co? Na samochód mnie nie stać!) Oczywiście tradycyjnie dętka przebita... Zajechałem damką mamy na czas. Straaaaaaasznie się to przeciągało. Dyrektor, którego tak nienawidzę, przedłużał swoje przemówienie, w innym rogu siedzieli uczniowie młodszych klas, którzy byli zmuszeni zostać przez swoich nauczycieli (serio, nie rozumiem tego. Po co ten sztuczny tłum? Żeby na zdjęciach ładniej wyglądało?)
Wyczytywanie nazwisk uczniów z wyróżnieniem... U nas to całkiem sporo tego było, bo 12 osób. Później uczniowie z osiągnięciami... kolejnych trzech. Potem już tylko tych szarych, nie wyróżniających się, a wśród nich ja. Niektórym wyczytano jako osiągnięcie wzięcie udziału w Pucharze Polski w Nordic Walking. Mnie nie wyczytano, a brałem udział nawet w Pucharze Świata ;). Nic, to nie jest kompletnie ważne. Po nas wyczytywano inne klasy... Moja sąsiadka stwierdziła, że to wszystko wali i nie przyjdzie do szkoły. Było też wyczytywanie nazwisk rodziców, którzy mieli przyjąć listy gratulacyjne. Wyczytano moją mamę, ale była akurat w pracy... Jakoś jednak żalu nie czułem.
Potem krótkie przedstawienie wokalne. Pierwszy zespół śpiewał Adele... Ogólnie ciężko ją naśladować, a dziewczyny kompletnie poległy. Nic, liczy się gest. Potem nasz szkolny zespół "Zniczka". Nie było ich właściwie słychać. Zła akustyka sali i brak mikrofonów. Rozdawanie kwiatów i wszystkie klasy zeszły się na ostatnie spotkania z wychowawcami.
Nasza wychowawczyni chciała coś powiedzieć, ale nerwy przeważyły i się popłakała, jak i część dziewczyn. Też ledwie powstrzymywałem łzy. Wcześniej dosyć pobłażliwie podchodziłem do tego dnia i całej szopki, ale w tym momencie zrozumiałem, że nic już nam nie pozostało, jak tylko się pożegnać. Jeszcze tylko odbiór listów gratulacyjnych, zdjęcie grupowe i... i koniec. Nasza klasa przestała już oficjalnie istnieć.
Postanowili zrobić jeszcze jakieś spotkanie, ale już wcześniej sobie postanowiłem, że zerwę jak najszybciej wszelkie kontakty z nimi. Odmówiłem też przyjazdu na pomaturalną imprezę. Jako jedyny w klasie... Jeszcze w szatni spotkałem kolegę i spytałem, czy wybiera się z nimi. Ten mi na to: "Wybrałbym się z nimi, nawet wypiłbym piwo, którego nie cierpię, no ale k**wa jest post. Święta miną i będę mógł z nimi wypić na następnej imprezie". Pierwszy raz w życiu usłyszałem, żeby on z nerwów przeklął. Dlaczego nie będę uczestniczył w tej imprezie? Pomimo tego, że nie uzewnętrzniam tego, mam do nich wielki żal, że przez ostatnie 7 miesięcy pomijali mnie przy zapraszaniu na zabawy. No jasne, wystarczyło się zapytać, ale jak skoro dowiaduję się o niej dopiero w dniu, w którym ma się ona odbyć? Nawet na osiemnastkę jednej z koleżanek była zaproszona prawie cała klasa... Było, minęło. Dzisiaj płaczą, a za kilka dni nie będą poznawać.
Myślałem, żeby zrobić podsumowanie tych 3 lat w liceum, ale raczej to nie ma już najmniejszego sensu. Wszystko co pamiętam z pewnością pozostanie mi w głowie przed długi czas, a jeżeli nie... no trudno, z pewnością wydarzy się jeszcze masa innych rzeczy, które będą godne zapamiętania. A tymczasem DO MATURY!
piątek, 26 kwietnia 2013
sobota, 6 kwietnia 2013
Uzaczewalo
W sumie tym razem o niczym, czyli:
-Moim lenistwie
-Perwersji dziadka i dziwnych gustach muzycznych
-Dwuosobowym afrykańskim państwem, graniczącym z Polską z pięknymi widokami na hiszpańskie kurorty
-Plany na przyszłość?
No ale po kolei. Przez ostatni tydzień, miałem całkowite wolne od szkoły. W tym czasie postanowiłem się chociaż trochę poduczyć do matury. Jest z czego, bo będę miał razem 13 egzaminów, najwięcej w szkole... Po cholerę nawaliłem sobie tych 6 dodatkowych przedmiotów? Teraz to już nie mam pojęcia, ale wcześniej miałem tak rozbudowane plany na przyszłość i różne alternatywy, że po prostu musiałem to zrobić, a nawet żałowałem, że nie mogłem wybrać większej ich liczby. Przez to będę zdawać:
-Matematykę (podstawy i rozszerzenie)
-J. Polski (podstawy i ustny)
-J. Białoruski (podstawy i ustny)
-J. Angielski (podstawy, rozszerzenie i ustny)
-J. Francuski (podstawy)
-Fizykę (podstawy, chociaż początkowo miałem zamiar zdawać rozszerzenie)
-Chemię (podstawy)
-Biologię (podstawy, chociaż i tak mnie przeraża wizja zdawania tego przedmiotu, dla mnie to kompletnie czarna magia...)
Nigdy jakimś szczególnym talentem naukowym nie byłem, więc dla większości znajomych ta liczba egzaminów wręcz zdumiewa.
No ale wracając do tematu, to miałem niezłą kłótnię z matką, spowodowaną przez pewnego osobnika w domu, którego roli brzydzę się opisać. Postanowiłem jak najbardziej ograniczyć swoje wizyty w domu i przez cały tydzień pojawiłem się tam jedynie po swoje prawo jazdy. Przez ten czas nawet nie pomyślałem, żeby wziąć ze sobą jakąś książkę, czy zbiór zadań i porobić chociaż trochę ćwiczeń. Jedyne co mi się udało zrobić w tym czasie, to wypracowanie z francuskiego, i to dopiero rankiem przed wyjściem do szkoły. Miałem też poszukać jakiejś uczelni, na której mógłbym kontynuować naukę, ale też nic z tego... Nawet nie ruszyłem swojego leniwego tyłka aby zrobić coś w tym kierunku... To nic, w wakacje pójdę do roboty, to może i mi to przejdzie.
W trakcie tego tygodnia dosyć często przebywałem u dziadków. Panuje u nich w domu dosyć dziwna atmosfera. Z jednej strony traktują mnie jak cień, a z drugiej pieszczą się nade mną jak nad swoim jedynym wnukiem (Ba! Tak jest naprawdę!). Dziadek ciągle narzekał na pogodę... No ale co się jemu dziwić, skoro nie może pójść na działkę i dokończyć budowy swojego domku działkowego, bo mamy tej wiosny piękną zimę... Swoją drogą pewnego dnia była i tam moja matka. Rozmawiała ona z babcią o tej pogodzie. Słyszała ona kiedyś od pewnej staruszki, że "zima zimą przeniknie". Na początku nie wiedziałem o co chodzi. Dopiero później wywnioskowałem z rozmowy, że zima ma ponoć się tak wydłużyć, że tuż po jej końcu, rozpocznie się kolejna. W międzyczasie miałyby panować upały.Nie brzmi to zbyt logicznie, zwłaszcza w czasie mody na "globalne ocieplenie", ale nawet teraz, patrząc na okno, zastanawiam się czy przypadkiem nie miała racji...
Innego dnia puszczali oni przez radio muzykę regionalno-discopolową. Były tam zespoły typu Zorka, czy Prymaki. Nigdy nie byłem fanem tego typu muzyki, ale leżąc przez godzinę, dopadł mnie jakiś trans (rockowcy chyba nazywają to "chilloutem") i jakoś mnie pociągnęło do niej. Pożyczyłem od nich pendriva i zgrałem wszystkie utwory do siebie na komórkę (przy okazji kasując dość pokaźną kolekcję filmików YTPMV...). No i na tym się skończyło. Chęci do słuchania jakoś przeszły i nie wiem co dalej z tym zrobić.
Oprócz tego znalazłem ostatnio utwór, od którego nie jestem w stanie się oderwać:
Już od dłuższego czasu był on mojej głowie, ale tytułu nie pamiętałem kompletnie. Znalazłem ją wpisując w googlach "pampapaparararampampam", no i co ciekawe było w drugim wyniku wyszukiwań.
Jednak jedno z jego próśb zapewne na długo pozostanie mi w pamięci. Kiedy oddałem mu tego pendriva, ten zapytał mnie, czy przy okazji nie nagrałem mu pornoli... Oczywiście powiedziałem, że nie, a ten podał mi go i powiedział, żebym mu je grał i później oddał. Zmieszanie niesamowite, kompletnie nie wiedziałem co mam zrobić, zwłaszcza, że matka i babka siedziały i tę sytuację obserwowały. Na początku ofertę przyjąłem, ale jak do mnie dotarło co się dzieje zacząłem się wymigiwać. Za bardzo mnie to zażenowało... Na szczęście jakoś udało mi się wyjść z tego układu, pomimo dosyć żałosnych wyjaśnień.
Podczas wolnego postanowiłem sprawdzić jak na mnie zadziałają 2 bezsenne noce. Za każdym razem udawało mi się przetrwać do piątej nad ranem, po czym wychodziłem do toalety, a po powrocie po prostu zasypiałem. Po tym zawsze mi się śniły jakieś dziwne rzeczy. W jednym ze snów otworzyłem Wikipedię, na której przeczytałem o państwie w Afryce, które ma jedynie 2 mieszkańców. Niedługo po tym poszedłem do dziadka, który miał apartamentowiec nad morzem (ha! chciałbym!). Pił on drinka w barze razem z kilkoma przyjaciółmi. Budynki miały architekturę podobną do tej w Prowansji, czy Rzymie, do tego były piękne widoki na morze... A raczej jakiś pas wody, bo góra 2 kilometry za nim było widać hiszpańskie kurorty, do których można było pójść pieszo wzdłuż plaży. Jak się okazało jednym ze znajomych dziadka był właśnie jeden z mieszkańców tego państwa. Postanowiłem pomóc mu rozwinąć terytorialnie jego ziemie. Właściwie chyba za dużo się nagrałem w Europę Universalis... Zająłem całe wnętrze Afryki (która swoją drogą była wielkości większej wsi, a składała się jedynie z łąk z dużymi skupiskami drzew). Ziemie przejmowałem za pomocą drewnianych kloców wbitych ziemię (przypominały spację w klawiaturze). Wystarczyło, żebym na niego wszedł i ziemia była moja. Przejmowałem ziemie od takich państw jak Wielka Brytania, Francja, Japonia... Na koniec zobaczyłem, że Amerykanie mają spory kawał ziemi, więc i ich postanowiłem "zaatakować". Było tam jednak jedynie pudełko z barwami flagi USA z malutkim telewizorkiem w środku. Potem zacząłem rozumieć, że chyba co jest nie tak i się obudziłem. Niby nic, ale ten sen już mi się raz kiedyś przyśnił i wszystko wyglądało dokładnie tak samo... No ale nic, to tylko sen.
Ostatnio zacząłem się zastanawiać nad napisaniem czegoś na kształt autobiografii, w której bym opisał wszystkie pamiętane przeze mnie sytuacje w moim życiu, byłoby to w sumie nawet fajne dla mnie czasami usiąść i poczytać o tym jak wielkie durnoty ja i wszyscy moi znajomi wyczynialiśmy w tym czasie, zwłaszcza, że ten okres już się skończy w ciągu najbliższych kilku tygodni... Byłaby ona dostępna jedynie dla mnie i kilku moich znajomych.
Po powrocie do szkoły w sumie nawet dobrze mi się powodziło, nie miałem żadnych problemów z nauką, szło mi nawet wyjątkowo dobrze. Dwie sytuacje bardzo się wyróżniły . Pierwsza była bardzo pozytywna, ale i była olbrzymim zaskoczeniem. Otóż ja, największe sportowe beztalencie jakie widziała te szkoła, dostałem 6 z W-Fu... Nie było zbyt wiele konkurencji których byłbym od kogoś lepszy, po prostu zawsze robiłem co do mnie należało, zamiast wymigiwać się, a później narzekać jaki to nauczyciel niedobry... co jednak nie zmienia faktu, że ta ocena to gruba przesada. Stałem się obiektem żartów, a wszyscy uznali, że nauczyciel podczas wystawiania ocen był pijany.
Druga sytuacja była o wiele gorsza. Wiele osób mnie zaczepiało, ale jeden z nich już uprzykrza mi życie od 12 lat. Na dwie lekcje przed końcem usiadł za mną razem ze swoim kolegą. Już się spodziewałem, że nie będzie to nic miłego. No i się nie myliłem. Zaczęli mnie szturchać, wsadzać ołówki za uszy. Cała frustracja z tego roku musiała mieć swoje ujście... Wstałem i wywaliłem im na kolana ławkę i zacząłem coś do nich wrzeszczeć. Oczywiście cała klasa wybuchnęła śmiechem, a kiedy zobaczyłem jego szyderczy uśmieszek miałem ochotę jeszcze go udusić. Jedynie co mnie powstrzymało, to znane dla mnie przyszłe konsekwencje (Gdyby to nie była klasa i bylibyśmy sam na sam, to pewnie bym sukinsyna udusił!). Spakowałem się i już miałem wyjść, kiedy zrozumiałem, że to by oznaczało, że on nade mną wygrał (i wygrał, ale nie mogłem dać mu dodatkowej satysfakcji). Usiadłem spokojnie i jakoś próbowałem dokończyć lekcję. Nauczycielka pokierowała się zrozumieniem, ale przez resztę lekcji musiałem znosić docinki reszty klasy. Myślałem, że się rozkleję, ale nie mogłem pokazać swojej słabości. Nie teraz, na 3 tygodnie przed końcem! Postanowiłem się już nie tłumaczyć z tego, bo po co? Ludzie widzą jak ktoś próbuje się bronić przed zaczepkami, ale mają gdzieś przyczynę złości. Po prostu taka osoba staje się w ich oczach furiatem atakującym bez powodu. Jeszcze te pieprzone 3 tygodnie i skończą się lata agonii z tym człowiekiem.
Zaczynam rozumieć Katarzynę Waśniewską...
-Moim lenistwie
-Perwersji dziadka i dziwnych gustach muzycznych
-Dwuosobowym afrykańskim państwem, graniczącym z Polską z pięknymi widokami na hiszpańskie kurorty
-Plany na przyszłość?
No ale po kolei. Przez ostatni tydzień, miałem całkowite wolne od szkoły. W tym czasie postanowiłem się chociaż trochę poduczyć do matury. Jest z czego, bo będę miał razem 13 egzaminów, najwięcej w szkole... Po cholerę nawaliłem sobie tych 6 dodatkowych przedmiotów? Teraz to już nie mam pojęcia, ale wcześniej miałem tak rozbudowane plany na przyszłość i różne alternatywy, że po prostu musiałem to zrobić, a nawet żałowałem, że nie mogłem wybrać większej ich liczby. Przez to będę zdawać:
-Matematykę (podstawy i rozszerzenie)
-J. Polski (podstawy i ustny)
-J. Białoruski (podstawy i ustny)
-J. Angielski (podstawy, rozszerzenie i ustny)
-J. Francuski (podstawy)
-Fizykę (podstawy, chociaż początkowo miałem zamiar zdawać rozszerzenie)
-Chemię (podstawy)
-Biologię (podstawy, chociaż i tak mnie przeraża wizja zdawania tego przedmiotu, dla mnie to kompletnie czarna magia...)
Nigdy jakimś szczególnym talentem naukowym nie byłem, więc dla większości znajomych ta liczba egzaminów wręcz zdumiewa.
No ale wracając do tematu, to miałem niezłą kłótnię z matką, spowodowaną przez pewnego osobnika w domu, którego roli brzydzę się opisać. Postanowiłem jak najbardziej ograniczyć swoje wizyty w domu i przez cały tydzień pojawiłem się tam jedynie po swoje prawo jazdy. Przez ten czas nawet nie pomyślałem, żeby wziąć ze sobą jakąś książkę, czy zbiór zadań i porobić chociaż trochę ćwiczeń. Jedyne co mi się udało zrobić w tym czasie, to wypracowanie z francuskiego, i to dopiero rankiem przed wyjściem do szkoły. Miałem też poszukać jakiejś uczelni, na której mógłbym kontynuować naukę, ale też nic z tego... Nawet nie ruszyłem swojego leniwego tyłka aby zrobić coś w tym kierunku... To nic, w wakacje pójdę do roboty, to może i mi to przejdzie.
W trakcie tego tygodnia dosyć często przebywałem u dziadków. Panuje u nich w domu dosyć dziwna atmosfera. Z jednej strony traktują mnie jak cień, a z drugiej pieszczą się nade mną jak nad swoim jedynym wnukiem (Ba! Tak jest naprawdę!). Dziadek ciągle narzekał na pogodę... No ale co się jemu dziwić, skoro nie może pójść na działkę i dokończyć budowy swojego domku działkowego, bo mamy tej wiosny piękną zimę... Swoją drogą pewnego dnia była i tam moja matka. Rozmawiała ona z babcią o tej pogodzie. Słyszała ona kiedyś od pewnej staruszki, że "zima zimą przeniknie". Na początku nie wiedziałem o co chodzi. Dopiero później wywnioskowałem z rozmowy, że zima ma ponoć się tak wydłużyć, że tuż po jej końcu, rozpocznie się kolejna. W międzyczasie miałyby panować upały.Nie brzmi to zbyt logicznie, zwłaszcza w czasie mody na "globalne ocieplenie", ale nawet teraz, patrząc na okno, zastanawiam się czy przypadkiem nie miała racji...
Innego dnia puszczali oni przez radio muzykę regionalno-discopolową. Były tam zespoły typu Zorka, czy Prymaki. Nigdy nie byłem fanem tego typu muzyki, ale leżąc przez godzinę, dopadł mnie jakiś trans (rockowcy chyba nazywają to "chilloutem") i jakoś mnie pociągnęło do niej. Pożyczyłem od nich pendriva i zgrałem wszystkie utwory do siebie na komórkę (przy okazji kasując dość pokaźną kolekcję filmików YTPMV...). No i na tym się skończyło. Chęci do słuchania jakoś przeszły i nie wiem co dalej z tym zrobić.
Oprócz tego znalazłem ostatnio utwór, od którego nie jestem w stanie się oderwać:
Jednak jedno z jego próśb zapewne na długo pozostanie mi w pamięci. Kiedy oddałem mu tego pendriva, ten zapytał mnie, czy przy okazji nie nagrałem mu pornoli... Oczywiście powiedziałem, że nie, a ten podał mi go i powiedział, żebym mu je grał i później oddał. Zmieszanie niesamowite, kompletnie nie wiedziałem co mam zrobić, zwłaszcza, że matka i babka siedziały i tę sytuację obserwowały. Na początku ofertę przyjąłem, ale jak do mnie dotarło co się dzieje zacząłem się wymigiwać. Za bardzo mnie to zażenowało... Na szczęście jakoś udało mi się wyjść z tego układu, pomimo dosyć żałosnych wyjaśnień.
Podczas wolnego postanowiłem sprawdzić jak na mnie zadziałają 2 bezsenne noce. Za każdym razem udawało mi się przetrwać do piątej nad ranem, po czym wychodziłem do toalety, a po powrocie po prostu zasypiałem. Po tym zawsze mi się śniły jakieś dziwne rzeczy. W jednym ze snów otworzyłem Wikipedię, na której przeczytałem o państwie w Afryce, które ma jedynie 2 mieszkańców. Niedługo po tym poszedłem do dziadka, który miał apartamentowiec nad morzem (ha! chciałbym!). Pił on drinka w barze razem z kilkoma przyjaciółmi. Budynki miały architekturę podobną do tej w Prowansji, czy Rzymie, do tego były piękne widoki na morze... A raczej jakiś pas wody, bo góra 2 kilometry za nim było widać hiszpańskie kurorty, do których można było pójść pieszo wzdłuż plaży. Jak się okazało jednym ze znajomych dziadka był właśnie jeden z mieszkańców tego państwa. Postanowiłem pomóc mu rozwinąć terytorialnie jego ziemie. Właściwie chyba za dużo się nagrałem w Europę Universalis... Zająłem całe wnętrze Afryki (która swoją drogą była wielkości większej wsi, a składała się jedynie z łąk z dużymi skupiskami drzew). Ziemie przejmowałem za pomocą drewnianych kloców wbitych ziemię (przypominały spację w klawiaturze). Wystarczyło, żebym na niego wszedł i ziemia była moja. Przejmowałem ziemie od takich państw jak Wielka Brytania, Francja, Japonia... Na koniec zobaczyłem, że Amerykanie mają spory kawał ziemi, więc i ich postanowiłem "zaatakować". Było tam jednak jedynie pudełko z barwami flagi USA z malutkim telewizorkiem w środku. Potem zacząłem rozumieć, że chyba co jest nie tak i się obudziłem. Niby nic, ale ten sen już mi się raz kiedyś przyśnił i wszystko wyglądało dokładnie tak samo... No ale nic, to tylko sen.
Ostatnio zacząłem się zastanawiać nad napisaniem czegoś na kształt autobiografii, w której bym opisał wszystkie pamiętane przeze mnie sytuacje w moim życiu, byłoby to w sumie nawet fajne dla mnie czasami usiąść i poczytać o tym jak wielkie durnoty ja i wszyscy moi znajomi wyczynialiśmy w tym czasie, zwłaszcza, że ten okres już się skończy w ciągu najbliższych kilku tygodni... Byłaby ona dostępna jedynie dla mnie i kilku moich znajomych.
Po powrocie do szkoły w sumie nawet dobrze mi się powodziło, nie miałem żadnych problemów z nauką, szło mi nawet wyjątkowo dobrze. Dwie sytuacje bardzo się wyróżniły . Pierwsza była bardzo pozytywna, ale i była olbrzymim zaskoczeniem. Otóż ja, największe sportowe beztalencie jakie widziała te szkoła, dostałem 6 z W-Fu... Nie było zbyt wiele konkurencji których byłbym od kogoś lepszy, po prostu zawsze robiłem co do mnie należało, zamiast wymigiwać się, a później narzekać jaki to nauczyciel niedobry... co jednak nie zmienia faktu, że ta ocena to gruba przesada. Stałem się obiektem żartów, a wszyscy uznali, że nauczyciel podczas wystawiania ocen był pijany.
Druga sytuacja była o wiele gorsza. Wiele osób mnie zaczepiało, ale jeden z nich już uprzykrza mi życie od 12 lat. Na dwie lekcje przed końcem usiadł za mną razem ze swoim kolegą. Już się spodziewałem, że nie będzie to nic miłego. No i się nie myliłem. Zaczęli mnie szturchać, wsadzać ołówki za uszy. Cała frustracja z tego roku musiała mieć swoje ujście... Wstałem i wywaliłem im na kolana ławkę i zacząłem coś do nich wrzeszczeć. Oczywiście cała klasa wybuchnęła śmiechem, a kiedy zobaczyłem jego szyderczy uśmieszek miałem ochotę jeszcze go udusić. Jedynie co mnie powstrzymało, to znane dla mnie przyszłe konsekwencje (Gdyby to nie była klasa i bylibyśmy sam na sam, to pewnie bym sukinsyna udusił!). Spakowałem się i już miałem wyjść, kiedy zrozumiałem, że to by oznaczało, że on nade mną wygrał (i wygrał, ale nie mogłem dać mu dodatkowej satysfakcji). Usiadłem spokojnie i jakoś próbowałem dokończyć lekcję. Nauczycielka pokierowała się zrozumieniem, ale przez resztę lekcji musiałem znosić docinki reszty klasy. Myślałem, że się rozkleję, ale nie mogłem pokazać swojej słabości. Nie teraz, na 3 tygodnie przed końcem! Postanowiłem się już nie tłumaczyć z tego, bo po co? Ludzie widzą jak ktoś próbuje się bronić przed zaczepkami, ale mają gdzieś przyczynę złości. Po prostu taka osoba staje się w ich oczach furiatem atakującym bez powodu. Jeszcze te pieprzone 3 tygodnie i skończą się lata agonii z tym człowiekiem.
Zaczynam rozumieć Katarzynę Waśniewską...
Subskrybuj:
Posty (Atom)