Tytuł wpisu idealnie podsumowuje mój stan, który trwa już od kilku miesięcy. O co chodzi? W ostatnim czasie rutyna ogarnęła moje życie. Już nie czuję takiej energii jak to się działo swego czasu.
Kiedy w październiku 2013 roku rozpocząłem naukę na Politechnice, wówczas wszystko było nowe. Nowe mieszkanie, nowi ludzie, nowa szkoła, nowe miasto, nowy sposób życia... Wówczas mnie to fascynowało. Czułem ogromną motywację aby zawiązywać nowe znajomości, poznawać zwyczaje innych, poznawać miasto, w którym przyszło mi się żyć. Pierwszy raz w życiu mogłem w pełni decydować o tym, co mam robić... Pamiętam jak bardzo mnie zdziwiło to, że ludzie na luzie mówili o tak błahych rzeczach, jak na przykład o swoim głodzie. W poprzednich szkołach takie wyznania były niespotykane.
I wszystko było pięknie, ładnie do końca pierwszych wakacji i początku trzeciego semestru. Wówczas wszystko zaczęło się chrzanić. Wszystko to, co mnie tak ciekawiło stało się nagle szarą rzeczywistością... Rzeczywistością do której musiałem wrócić, ponownie za sobą zostawiając znajomych i rodzinę... Straciłem wszelką motywację do aktywnego życia.
Spacery? Z mieszkania na uczelnię mam 5 kilometrów drogi na piechotę. Taki spacer w obie strony zajmuje mi 2 godziny. Po powrocie z politechniki nie mam ochoty na nic, jak tylko się walnąć i zasnąć. Nie mówiąc już o wyjściu gdzieś się wyluzować.
Rower? Od sierpnia stoi zepsuty, bo nie mam ani możliwości, ani czasu na naprawę. Z tych wszystkich rzeczy, ta jest dla mnie najgorsza! Przez pierwszy rok w razie nudów mogłem wyskoczyć i się odświeżyć. A teraz? Cholera jasna, zostałem obdarty z mojej największej pasji...
Uczelnia? Strasznie zacząłem ją zaniedbywać. Obecność na zajęciach ograniczyłem do minimum, totalnie olewając wykłady. Potem tylko miałem problemy z brakiem materiałów do nauki. Na szczęście dobrzy ludzie wsparli mnie swoimi notatkami i jakoś to poszło. Chwała im za to, bo bez ich pomocy bym oblał. Nawet sesja jakoś przeszła mi strasznie obojętnie. Pół roku temu psychicznie nie wyrabiałem i potrafiłem w ciągu tygodnia przespać łącznie mniej niż 10 godzin. A teraz? Raz, czy dwa razy powtórzyłem swoją gadkę o rzuceniu studiów, ale cała sesja poszła na luzie.
Ludzie? No cóż... Towarzyskim człowiekiem nigdy nie byłem, ale próbowałem przypodobać się towarzystwu na początku znajomości z nimi. Zdarzała nam się wspólna nauka, Czasami gdzieś się wyszło. Strasznie tę kwestię zaniedbałem. Nie pamiętam kiedy ostatnio komuś pomagałem w jakimś zadaniu. Szkolne znajomości znikają wraz z opuszczeniem terenu Politechniki Białostockiej. Nawet z właścicielem mieszkania już raczej mało kiedy gadamy. I to nie tylko przez to, że widuję go raz na 2 tygodnie. Niby mam nowego współlokatora... ale szkoda gadać. Mówiąc krótko - unikamy się. Jesteśmy z dwóch różnych światów, które w żaden sposób nie mają wspólnego pola zainteresowań. To jeszcze bardziej potęguje poczucie samotności niż mieszkanie samemu.
Rozrywka? Jak już pisałem wcześniej - wracam do domu zmęczony. Pierwsze co robię, to idę spać. A potem nauka, pisanie sprawozdań, albo przechrzanianie całego wolnego czasu w internecie. Nawet z własnego pokoju, aby zrobić sobie coś jeść mi się nie chce. Taa... Stałem się cholernym no-lifem.
Nie wiem jeszcze w jaki sposób, ale muszę coś zmienić w swoim życiu. I to jak najszybciej, bo nie wiem czy przetrzymam kolejny semestr z myślą o beznadziejności mojego życia. Nie chcę, żeby to się skończyło depresją...
Z życia mego...
czwartek, 12 lutego 2015
czwartek, 31 lipca 2014
Powroty, powroty
Coś się zaczyna, a coś kończy. Ostatnie 10 miesięcy było okresem bardzo intensywnym. Sporo się działo. Przeprowadzka, nowa szkoła, nowi znajomi, nauczyciele, miasto, otoczenie, przyzwyczajenia... To jest niesamowite jak potrafi się zmienić życie w ciągu kilku dni.
Mieszkanie... Chyba cała ta przeprowadzka na początku bolała mnie najbardziej. Właściciel tego domu początkowo doprowadzał mnie do szaleństwa głośnym puszczaniem muzyki, codziennymi imprezami, czy wszechobecnym syfem. Jak się okazało, nie było się czym przejmować. Rozszalał się on tak z powodu niedawnego powrotu z Włoch. Po niedługim czasie i tak wyjechał ponownie za granicę, do roboty do Anglii, a na jego miejscu pojawił się brat. Też lubił poimprezować i nabrudzić, jednak do tego wszystkiego dało się przyzwyczaić. Co dziwne, jest to jak dotąd jedyna osoba, którą znam ponad pół roku i nie miałem z nim żadnej kłótni... W mieszkaniu dostałem niewielki pokój. Ot szafa, biurko i łóżko.Wystarczająco aby spokojnie żyć. 400 złotych miesięcznie to całkiem rozsądna cena. Rower co prawda musiałem trzymać u siebie, jednak mieszkałem na pierwszym piętrze, więc znoszenie go nie sprawiało mi żadnych trudności.
No i najważniejsze: Pierwszy raz od 19 lat miałem swój własny pokój. To naprawdę mnie cieszyło... do czasu, gdy nie zaczęła mnie męczyć samotność.
Uczelnia. To co mnie tam spotkało, to był dla mnie olbrzymi szok. Cała moja wiedza o życiu studenckim sprowadzała się do tego, co opowiedzieli mi inni, albo zobaczyłem w telewizji. Jak się okazało, nie miało to żadnych związków z rzeczywistością.
Przede wszystkim największym zaskoczeniem był rozkład zajęć. Nie jest on ustawiony na tydzień, a na 2 tygodnie. Co ciekawsze, dzieli studentów na grupy projektowe, laboratoryjne i matematyczne. Wszystkie osoby z kierunku spotykały się jedynie na wykładach, które, swoją drogą, nie są obowiązkowe. Poza ostatnimi zajęciami... Oceny nie są wstawiane jak w "niższych" szkołach. Tutaj przez cały rok się uczymy i na koniec roku organizowany jest sprawdzian, z którego jest wystawiana ostateczna ocena. Wyjątkiem są laboratoria, do których musieliśmy się przygotowywać przed zajęciami na tzw. wejściówki. Co jednak jest w tym najdziwniejsze? Tutaj nie ma takiego porządku w planie zajęć jak w liceum. Nie ma tak, że zajęcia zaczynasz o 8 i kończysz o 14-16. Zajęcia są rozwalone całkowicie przypadkowo (przynajmniej ja takie wrażenie odniosłem). Jednego dnia masz na 10, kończysz 2 godziny później, aby o 16 mieć kolejne 4 godziny na uczelni. Następnego dnia idziesz na 8 i o 10 masz spokój.
Oprócz tego liczba osób. Na kierunku na początku mieliśmy 90 studentów, więc bardzo niewielkie szanse istniały, żeby znać je wszystkie. Natomiast dzieliliśmy się na grupy 15-, bądź 30-osobowe. I raczej w tych grupach się trzymaliśmy. Naprawdę niewiele osób spośród tego grona poznałem.
Środowisko. Dla mnie to była wielka zmiana. Przyzwyczajony byłem do życia na uboczu, poza ruchliwymi drogami, w cichych osiedlach. Tymczasem wylądowałem w mieście, przy ruchliwej ulicy, gdzie autobusy jeżdżą od 4 rano do 23. Z czasem jednak dało się do tego przywyknąć, a nawet przestałem zwracać uwagę. Na początku dużo spacerowałem. Naprawdę dużo. Chciałem poznać te miasto jak najlepiej i jednego dnia potrafiłem przejść 20 kilometrów. Jak się okazało, Białystok nie jest tak olbrzymim miastem, za jakie od zawsze brałem. Wiele miejsc, które poznałem przed przyjazdem, okazały się leżeć całkiem blisko siebie.
Czego mi tam najbardziej brakowało? Lasów. Naprawdę trzeba było się sporo namęczyć, aby dojechać do jakiegoś lasu z masą ścieżek, gdzie można byłoby się zgubić. Jazda w mieście z kolei szybko zaczęła nużyć. Ciągle te same widoki i cały czas sterczenie na światłach wcale nie jest takie ciekawe.
Przyzwyczajenia. Tutaj też zaszło sporo zmian. Przede wszystkim zacząłem sporo spacerować i mniej jeździć na rowerze. Chociaż kwestia dbania o kondycję zeszła daleko... Niestety, ale przez totalny brak czasu nie miałem nawet kiedy wyjść na dwór.No i przede wszystkim zmieniłem całkowicie godziny snu. O ile wcześniej chodziłem spać między 22 a północą, to teraz godziny snu zaczynały się o 14-16, bądź po powrocie z uczelni. Było to możliwe przez to, że w domu byłem całkowicie sam i nikt mi nie prawił z tego powodu morałów. Czemu to zrobiłem? Nie wiem... Zarwałem parę nocek i po prostu tak się to skończyło. Co tam jeszcze... uzależniłem się od sosu czosnkowego.
To by było na tyle. Mam nadzieję, że zbiorę chęci szybciej na napisanie kolejnego posta. Sayonara.
Mieszkanie... Chyba cała ta przeprowadzka na początku bolała mnie najbardziej. Właściciel tego domu początkowo doprowadzał mnie do szaleństwa głośnym puszczaniem muzyki, codziennymi imprezami, czy wszechobecnym syfem. Jak się okazało, nie było się czym przejmować. Rozszalał się on tak z powodu niedawnego powrotu z Włoch. Po niedługim czasie i tak wyjechał ponownie za granicę, do roboty do Anglii, a na jego miejscu pojawił się brat. Też lubił poimprezować i nabrudzić, jednak do tego wszystkiego dało się przyzwyczaić. Co dziwne, jest to jak dotąd jedyna osoba, którą znam ponad pół roku i nie miałem z nim żadnej kłótni... W mieszkaniu dostałem niewielki pokój. Ot szafa, biurko i łóżko.Wystarczająco aby spokojnie żyć. 400 złotych miesięcznie to całkiem rozsądna cena. Rower co prawda musiałem trzymać u siebie, jednak mieszkałem na pierwszym piętrze, więc znoszenie go nie sprawiało mi żadnych trudności.
No i najważniejsze: Pierwszy raz od 19 lat miałem swój własny pokój. To naprawdę mnie cieszyło... do czasu, gdy nie zaczęła mnie męczyć samotność.
Uczelnia. To co mnie tam spotkało, to był dla mnie olbrzymi szok. Cała moja wiedza o życiu studenckim sprowadzała się do tego, co opowiedzieli mi inni, albo zobaczyłem w telewizji. Jak się okazało, nie miało to żadnych związków z rzeczywistością.
Przede wszystkim największym zaskoczeniem był rozkład zajęć. Nie jest on ustawiony na tydzień, a na 2 tygodnie. Co ciekawsze, dzieli studentów na grupy projektowe, laboratoryjne i matematyczne. Wszystkie osoby z kierunku spotykały się jedynie na wykładach, które, swoją drogą, nie są obowiązkowe. Poza ostatnimi zajęciami... Oceny nie są wstawiane jak w "niższych" szkołach. Tutaj przez cały rok się uczymy i na koniec roku organizowany jest sprawdzian, z którego jest wystawiana ostateczna ocena. Wyjątkiem są laboratoria, do których musieliśmy się przygotowywać przed zajęciami na tzw. wejściówki. Co jednak jest w tym najdziwniejsze? Tutaj nie ma takiego porządku w planie zajęć jak w liceum. Nie ma tak, że zajęcia zaczynasz o 8 i kończysz o 14-16. Zajęcia są rozwalone całkowicie przypadkowo (przynajmniej ja takie wrażenie odniosłem). Jednego dnia masz na 10, kończysz 2 godziny później, aby o 16 mieć kolejne 4 godziny na uczelni. Następnego dnia idziesz na 8 i o 10 masz spokój.
Oprócz tego liczba osób. Na kierunku na początku mieliśmy 90 studentów, więc bardzo niewielkie szanse istniały, żeby znać je wszystkie. Natomiast dzieliliśmy się na grupy 15-, bądź 30-osobowe. I raczej w tych grupach się trzymaliśmy. Naprawdę niewiele osób spośród tego grona poznałem.
Środowisko. Dla mnie to była wielka zmiana. Przyzwyczajony byłem do życia na uboczu, poza ruchliwymi drogami, w cichych osiedlach. Tymczasem wylądowałem w mieście, przy ruchliwej ulicy, gdzie autobusy jeżdżą od 4 rano do 23. Z czasem jednak dało się do tego przywyknąć, a nawet przestałem zwracać uwagę. Na początku dużo spacerowałem. Naprawdę dużo. Chciałem poznać te miasto jak najlepiej i jednego dnia potrafiłem przejść 20 kilometrów. Jak się okazało, Białystok nie jest tak olbrzymim miastem, za jakie od zawsze brałem. Wiele miejsc, które poznałem przed przyjazdem, okazały się leżeć całkiem blisko siebie.
Czego mi tam najbardziej brakowało? Lasów. Naprawdę trzeba było się sporo namęczyć, aby dojechać do jakiegoś lasu z masą ścieżek, gdzie można byłoby się zgubić. Jazda w mieście z kolei szybko zaczęła nużyć. Ciągle te same widoki i cały czas sterczenie na światłach wcale nie jest takie ciekawe.
Przyzwyczajenia. Tutaj też zaszło sporo zmian. Przede wszystkim zacząłem sporo spacerować i mniej jeździć na rowerze. Chociaż kwestia dbania o kondycję zeszła daleko... Niestety, ale przez totalny brak czasu nie miałem nawet kiedy wyjść na dwór.No i przede wszystkim zmieniłem całkowicie godziny snu. O ile wcześniej chodziłem spać między 22 a północą, to teraz godziny snu zaczynały się o 14-16, bądź po powrocie z uczelni. Było to możliwe przez to, że w domu byłem całkowicie sam i nikt mi nie prawił z tego powodu morałów. Czemu to zrobiłem? Nie wiem... Zarwałem parę nocek i po prostu tak się to skończyło. Co tam jeszcze... uzależniłem się od sosu czosnkowego.
To by było na tyle. Mam nadzieję, że zbiorę chęci szybciej na napisanie kolejnego posta. Sayonara.
sobota, 28 września 2013
Nowy etap w życiu.
To już jest koniec... W moim życiu z zajdzie sporo zmian, które zaczną się już jutro. Prawdopodobnie jest to moja ostatnia noc jako mieszkańca Hajnówki. Jutro przeprowadzka do Białegostoku, a pojutrze... Pierwszy dzień szkoły. Ech, cholera jasna, mam nadzieję że jakoś to będzie, bo na razie to nie wiem co o tym myśleć.
Czas się pożegnać z rodziną!
Czas się pożegnać z rodziną!
piątek, 31 maja 2013
Dziwne wydarzenie
Dwa posty jednego dnia? A co mi tam! To po prostu musiałem napisać!
Cała sprawa zaczęła się jeszcze 2 dni temu, kiedy to powiadomiłem dziadka, że będę nocował u niego na działce. Miałem sporo planów, co będę robił. Myślałem, że podszkolę się trochę z rysunku, napiszę jakąś recenzję. A tymczasem włączyłem telewizor i zagłębiłem się w oglądanie, jak to ktoś powiedział, "kina klasy Z". Najpierw "Bestia z głębin", czyli o rybach na sterydach, które przez pół roku dostawały ludzki hormon wzrostu. Potem "Władca komarów", czyli o kolesiu, który przy ucieczce zaraził się wirusem i wymutował w komara... a raczej coś co niego przypominało. Ponoć to były horrory, ale ubaw przy oglądaniu był przedni. Tej nocy nie zasnąłem w ogóle.
W sumie nad ranem nie czułem żadnego zmęczenia, więc cały dzień spędzałem normalnie. To czytałem książkę, to siedziałem przy komputerze. O 15 wyruszyłem nawet w trasę. Pierwszy raz jechałem tak dziwną trasą, do tego od dawna nie szło mi to z taką łatwością. W drodze z Nowoberezowa do Hajnówki zastały mnie jednak bardzo ciężkie warunki. Wiatr wiał z bardzo dużą siłą, że miałem ochotę zejść i zacząć prowadzić. Mięśnie po prostu odmawiały posłuszeństwa. Jakoś dojechałem do Hajnówki i nagle zaczęły się jakieś dziwne obrazy. To ktoś się ze mnie śmiał, po czym poczuł zemstę, potem ganiał za mną koleś z granatem, który chciał mnie nim wysadzić...
Obudziłem się o 3 nad ranem, w swoim łóżku, przykryty kocem. Pierwsze co powiedziałem, to "Co do cholery się stało?!". Nic nie rozumiałem, nie pamiętałem co się stało, nie wiedziałem jak trafiłem do domu. Spodziewałem się nawet, że ktoś mnie tutaj przywiózł. A ponoć takie coś to tylko po alkoholu... Pierwsze co zrobiłem, to poszedłem wziąć prysznic. Wtedy zaczęło do mnie docierać. Przypomniałem sobie, że do domu dojechałem sam, pamiętałem dzieciaki przed domem, które jakoś dziwnie się na mnie patrzyły i że chciałem się umyć, ale siostra akurat była w łazience. Wtedy miałem się położyć w oczekiwaniu na swoją kolej.
W sumie nic wielkiego to nie jest, ale jednak na mnie zrobiło to olbrzymie wrażenie, bo całkowicie pogubiłem dni. Nie wiem czy dzisiaj to dzisiaj, czy jeszcze wczoraj... Pierwszy raz mi się to przytrafiło, a już potrafiłem przesadnie się zabawić na imprezach.
To tyle na dzisiaj.
Cała sprawa zaczęła się jeszcze 2 dni temu, kiedy to powiadomiłem dziadka, że będę nocował u niego na działce. Miałem sporo planów, co będę robił. Myślałem, że podszkolę się trochę z rysunku, napiszę jakąś recenzję. A tymczasem włączyłem telewizor i zagłębiłem się w oglądanie, jak to ktoś powiedział, "kina klasy Z". Najpierw "Bestia z głębin", czyli o rybach na sterydach, które przez pół roku dostawały ludzki hormon wzrostu. Potem "Władca komarów", czyli o kolesiu, który przy ucieczce zaraził się wirusem i wymutował w komara... a raczej coś co niego przypominało. Ponoć to były horrory, ale ubaw przy oglądaniu był przedni. Tej nocy nie zasnąłem w ogóle.
W sumie nad ranem nie czułem żadnego zmęczenia, więc cały dzień spędzałem normalnie. To czytałem książkę, to siedziałem przy komputerze. O 15 wyruszyłem nawet w trasę. Pierwszy raz jechałem tak dziwną trasą, do tego od dawna nie szło mi to z taką łatwością. W drodze z Nowoberezowa do Hajnówki zastały mnie jednak bardzo ciężkie warunki. Wiatr wiał z bardzo dużą siłą, że miałem ochotę zejść i zacząć prowadzić. Mięśnie po prostu odmawiały posłuszeństwa. Jakoś dojechałem do Hajnówki i nagle zaczęły się jakieś dziwne obrazy. To ktoś się ze mnie śmiał, po czym poczuł zemstę, potem ganiał za mną koleś z granatem, który chciał mnie nim wysadzić...
Obudziłem się o 3 nad ranem, w swoim łóżku, przykryty kocem. Pierwsze co powiedziałem, to "Co do cholery się stało?!". Nic nie rozumiałem, nie pamiętałem co się stało, nie wiedziałem jak trafiłem do domu. Spodziewałem się nawet, że ktoś mnie tutaj przywiózł. A ponoć takie coś to tylko po alkoholu... Pierwsze co zrobiłem, to poszedłem wziąć prysznic. Wtedy zaczęło do mnie docierać. Przypomniałem sobie, że do domu dojechałem sam, pamiętałem dzieciaki przed domem, które jakoś dziwnie się na mnie patrzyły i że chciałem się umyć, ale siostra akurat była w łazience. Wtedy miałem się położyć w oczekiwaniu na swoją kolej.
W sumie nic wielkiego to nie jest, ale jednak na mnie zrobiło to olbrzymie wrażenie, bo całkowicie pogubiłem dni. Nie wiem czy dzisiaj to dzisiaj, czy jeszcze wczoraj... Pierwszy raz mi się to przytrafiło, a już potrafiłem przesadnie się zabawić na imprezach.
To tyle na dzisiaj.
Matura, tydzień 4
Tym razem krótko, bowiem czekał mnie w tym tygodniu tylko jeden egzamin. Ustny z języka angielskiego. Właściwie się nawet zastanawiałem, czy nie połączyć obu postów.
Spodziewałem się, że wyniki tradycyjnie przyjdą o 15.30, więc opóźniałem swój przyjazd. Wyjechałem o 14.50, przy czym jechałem bardzo ostrożnie, bo słyszałem grzmoty. Jak dojechałem na miejsce, to od razu zrozumiałem, że egzaminy skończyły się pół godziny przed moim przyjazdem... Spodziewałem się, że chociaż ostatni raz zobaczę swoją klasę w pełnym składzie... No nic, spotkałem moją egzaminatorkę, a ta podała mi wynik. Miałem 25/30, co w sumie jest wynikiem bardzo pozytywnym, jak na kogoś, kto nie wyrabiał się w nauce angielskiego w szkole.
Po tym pojechałem do swojej ciotki, aby opowiedzieć jej o wszystkim. Rozmowa widocznie kleiła się trochę słabiej, ale i tak było miło. Po 2 godzinach wróciłem do domu i jedynie co mi pozostało, to wyrzucić swoje "świąteczne" ubrania do prania... To już jest koniec!
Język angielski, ustny
W poniedziałek, 27 maja, czekał mnie ostatni egzamin w tym maturalnym maratonie. Sam egzamin już wcześniej wliczałem do tych "niskiego ryzyka", bo potrafię komunikować się w tym języku w miarę płynnie, a szkoła nie wymaga zbyt wiele od swoich uczniów. Z tego też powodu nie szargały mnie nerwy, nie czułem, że muszę dać z siebie wszystko, nawet nie przejmowałem się tym, że mogę się spóźnić. Przyjechałem do szkoły dość wcześnie, ale już dwie dziewczyny z sąsiedniej klasy czekały na egzamin z polskiego... Współczuję im, że dali im tak późny termin. Przed egzaminem zostałem poproszony przez nauczycielkę, abym nie rozgadywał się zbytnio, dzięki czemu szybciej to pójdzie. W sumie to było trochę mi nie w smak, bo nie potrafię się streszczać w rozmowach. Zostałem zaproszony przed czasem. Najpierw "rozmowa wstępna". Proste pytanie jak się czuję i tak dalej. Potem odgrywanie roli kupującego psa... Gadałem tak okrężnie, że często musiałem się powtarzać. Następnie opis zdjęcia z jakimś kolesiem na pustym porcie lotniczym, a na koniec wybór sposoby na znalezienie mieszkania.Tutaj też nie ma nad czym się zbytnio rozpisywać. Egzamin ukończyłem już po 10 minutach. Na wyjściu jeszcze spotkałem koleżankę z klasy, której to przekazałem wiadomość o streszczaniu się, po czym wróciłem do domu.Spodziewałem się, że wyniki tradycyjnie przyjdą o 15.30, więc opóźniałem swój przyjazd. Wyjechałem o 14.50, przy czym jechałem bardzo ostrożnie, bo słyszałem grzmoty. Jak dojechałem na miejsce, to od razu zrozumiałem, że egzaminy skończyły się pół godziny przed moim przyjazdem... Spodziewałem się, że chociaż ostatni raz zobaczę swoją klasę w pełnym składzie... No nic, spotkałem moją egzaminatorkę, a ta podała mi wynik. Miałem 25/30, co w sumie jest wynikiem bardzo pozytywnym, jak na kogoś, kto nie wyrabiał się w nauce angielskiego w szkole.
Po tym pojechałem do swojej ciotki, aby opowiedzieć jej o wszystkim. Rozmowa widocznie kleiła się trochę słabiej, ale i tak było miło. Po 2 godzinach wróciłem do domu i jedynie co mi pozostało, to wyrzucić swoje "świąteczne" ubrania do prania... To już jest koniec!
Plany na przyszłość
Nie mam dokładnie ich ustalonych... Myślałem żeby pójść na budownictwo (chciałem na architekturę, ale rysować nie umiem!), albo informatykę (ale sporo innych też chce... może być za duża konkurencja w przyszłości). Mam czas w do końca miesiąca na wybór uczelni. Jeżeli się nie wyrobię... No to klops, bo pozostanie mi pójście do roboty (co zresztą i tak będę musiał zrobić na tych wakacjach). Ewentualnie służba wojskowa... nie, na to już się nie zgodzę.niedziela, 26 maja 2013
Matura, tydzień 3
No i już minął trzeci tydzień matury. Szybko mi to zleciało, nie ma co. W tym tygodniu zmierzyłem się z podstawami fizyki i języka francuskiego, oraz pokazem elokwencji z języka polskiego. Pomimo tego, że w tym tygodniu miały być tylko 3 egzaminy, to spodziewałem się, że to będzie najtrudniejszy tydzień ze wszystkich. I nie myliłem się...
Po powrocie do szkoły po wyniki zastałem resztę swojej klasy. Jeden zachęcał mnie do założenia konta na Facebooku, bo ponoć dużo się tam dzieje... Ale ja nadal nie widzę w tym sensu. Reszta rozmawiała o zbliżającej się imprezie. Gadali do mnie, jakby nie wiedzieli, że się tam nie pojawię... Nieważne, nie chciało mi się tam wybierać. O 15 przyszły wyniki. Jak się okazało, dostałem 12 punktów na 20, czyli 60%. Zdałem bez problemu.
Zgodnie z oczekiwaniami, pojawiłem się tam jako jedyny. Pilnowały mnie 3 osoby: Dwóch nauczycieli W-Fu i jedna nauczycielka z innej szkoły. Trochę dziwne uczucie, ale trzeba było się przyzwyczaić. Rozumienie ze słuchy całkowicie zawaliłem, chociaż... zawalałem i podczas egzaminów próbnych, a i tak wychodziło potem 10-13/15, bo kierowałem się intuicją... Potem czytanie. Było bardzo proste. Spodziewam się mieć przynajmniej 3/4 możliwych z tego punktów. A wypracowania? Słabo gramatycznie, ale od dawna tak przyjemnie mi się tego nie pisało.
Na ile liczę? Powinienem mieć przynajmniej 50%, inaczej mogę walnąć kilka razy głową w ścianę, że nie wysłałem na maila mojej nauczycielki wypracowania, którego temat mi podrzuciła...
Fizyka, podstawowy
Chociaż był to egzamin jedynie dla chętnych, to ciążyła na mnie niemała presja. W tym sprawdzianie brało udział sporo osób z sąsiednich klas, więc i głupio by było gdybym ja, uczeń klasy matematyczno-fizycznej, miał o wiele gorszy wynik od nich. Podobnie jak poprzednio, uczyłem się dosyć niewiele, raptem kilka zadań rozwiązałem w tym czasie. Jak się okazało, jednak był to dosyć trudny test. W pytaniach zamkniętych nie miałem żadnych problemów, podobnie z kilkoma otwartymi, jednak i znalazły się takie perełki, do których nawet nie wiedziałem jak podejść... W jednym zadaniu wyszło mi na przykład, że foton osiągnie prędkość światła w mniej niż sekundę. Jeden z sąsiedniej klasy wyszedł już po godzinie... prawdopodobnie stwierdził, że i tak nic z tego nie będzie. Ja skończyłem po 2 godzinach, ale po wyjściu jednak poczułem lekki niedosyt... Prawdopodobnie na uczelnię zamiast fizyki będę musiał wpisać biologię, którą to się najmniej przejmowałem.Język polski, ustny
Dwa dni po fizyce, w środę, sprawdzałem swoje umiejętności w interpretacji utworów Hłaski. Moja kiepska pamięć prawiła, że pozapominałem imiona wszystkich bohaterów, więc musiałem improwizować. Strasznie się jąkałem, przez co zabrakło mi nawet czasu na przekazanie jakichś "głębszych myśli". A w opisie życia PRL-u strasznie lałem wodę. Nie przygotowywałem się do tego, co będę mówił, więc i moja przemowa była czystą improwizacją. Potem pytania od nauczyciela... Prośba o streszczenie utworu została spełniona bez problemów, chociaż i mi przerwał w połowie. Chyba po prostu za bardzo zagłębiałem się w szczegóły. Miałem też zinterpretować tytuły. Powołałem się na teksty utworów, ale myślę, że nie wyszło mi to najlepiej. A na koniec najtrudniejsze... W jaki sposób przydały mi się opracowania tych lektur. Dość okrężną drogą stwierdziłem, że w żaden, bo całą wiedzę na ich temat już miałem.Potem jeszcze tylko dodałem, że sam zająłem się interpretacją, bo w szkole w ogóle jego twórczości nie omawialiśmy. Wyszedłem z sali pewny swego.Po powrocie do szkoły po wyniki zastałem resztę swojej klasy. Jeden zachęcał mnie do założenia konta na Facebooku, bo ponoć dużo się tam dzieje... Ale ja nadal nie widzę w tym sensu. Reszta rozmawiała o zbliżającej się imprezie. Gadali do mnie, jakby nie wiedzieli, że się tam nie pojawię... Nieważne, nie chciało mi się tam wybierać. O 15 przyszły wyniki. Jak się okazało, dostałem 12 punktów na 20, czyli 60%. Zdałem bez problemu.
Język francuski, podstawowy
W piątek miałem kolejny, już 12 egzamin. Próbowałem przed tym jeszcze jako się przygotować, ale tradycyjnie Francuzi nie byli zbyt skłonni do rozmów. Z jedną jeszcze jako próbowałem się dogadać, ale niezbyt się udało... Jak się okazało, była ona lesbijką, a ja miałem w podpisie pochwałę łączenia się ludzi, ale tylko różnych płci -.- . Do tego w "ulubionych" miałem obrazek kolesia, który napisał "Jestem bardzo oryginalny. Nie jestem pedałem". Następnym razem powinienem być bardziej ostrożny w tym co robię.Zgodnie z oczekiwaniami, pojawiłem się tam jako jedyny. Pilnowały mnie 3 osoby: Dwóch nauczycieli W-Fu i jedna nauczycielka z innej szkoły. Trochę dziwne uczucie, ale trzeba było się przyzwyczaić. Rozumienie ze słuchy całkowicie zawaliłem, chociaż... zawalałem i podczas egzaminów próbnych, a i tak wychodziło potem 10-13/15, bo kierowałem się intuicją... Potem czytanie. Było bardzo proste. Spodziewam się mieć przynajmniej 3/4 możliwych z tego punktów. A wypracowania? Słabo gramatycznie, ale od dawna tak przyjemnie mi się tego nie pisało.
Na ile liczę? Powinienem mieć przynajmniej 50%, inaczej mogę walnąć kilka razy głową w ścianę, że nie wysłałem na maila mojej nauczycielki wypracowania, którego temat mi podrzuciła...
Przyszły tydzień
Będzie on jednocześnie ostatnim. Ukończyłem już 12 egzaminów z 13, więc pozostał mi tylko jeden: ustny z języka angielskiego. Kompletnie się nie boję o to co się wydarzy, bo ten język znam wystarczająco dobrze. Codzienne rozmowy spowodowały, że wykształciłem własny styl. Co prawda popełniam masę błędów, ale mówię w takim stopniu, że nie brzmi to sztucznie. No to tradycyjnie, do następnego!niedziela, 19 maja 2013
Matura, tydzień 2
Po pierwszym, dość wyczerpującym, tygodniu egzaminów, przyszedł czas na kolejny. Tym razem zmierzyłem się z białoruskim, biologią i chemią.
Nerwy mną trochę szargały, przez co obudziłem się już o 2.30 i nie chciało mi się już spać. Postanowiłem więc zrobić w pamięci próbę generalną. Omawiałem przez 15 minut, a do tego musiałem wyciąć sporą część tematów. Od razu zrobiło mi się lżej, bo nie spodziewałem się, że uda mi się wyciągnąć chociaż do 10 minut. Po tym już tylko spokojnie zasnąłem. Wyjechałem do szkoły trochę wcześniej niż powinienem, więc i sporo czasu tam czekałem. Dosyć było nerwowo, ale rozmowy ze znajomymi jakoś uspokoiły sytuację.
Równo o ósmej zostałem zaproszony do sali. Najpierw zacząłem od opowiedzenia, dlaczego wybrałem ten temat, po czym przeszedłem do rzeczy. Kiedy skończyłem, spojrzałem na zegarek i ogarnęło mnie przerażenie. Mówiłem dokładnie to samo co podczas próby, a minęło jedynie 5 minut! Od tej pory to już była tylko czysta improwizacja. Gadałem co o pijaństwie, o religii, podejściu do miastowych i własnej higieny... Jakoś dociągnąłem moją szemraną białoruszczyzną do 12 minut. Potem pytania... Raczej nie były one zbyt trudne, ale niektórych słów nie rozumiałem, przez co musiałem zapytać o wytłumaczenie. Jakoś to poszło, a na wyniki musiałem czekać do 15.
Kiedy przyjechałem do szkoły, czekała już spora grupka osób. Na szczęście mogłem pogadać z kolegą, który akurat zdawał ustny z polskiego. No i jego grupa otrzymała wyniki jako pierwsza. Dostał on 7/20... Zdaje się od 6 punktów, więc może on mówić o olbrzymim szczęściu. Potem moja kolej... Najpierw informacja, że wszyscy zdali, potem że jest to podsumowanie 3 lat nauki języka. Dostałem 19/20... Jak to usłyszałem, to nie mogłem wprost uwierzyć. Ale potem było jeszcze ciekawiej... Jak się okazało, większość osób miało maksymalną ilość punktów, a nikt nie zszedł poniżej siedemnastki. Mimo wszystko miło.
W wypracowaniu wybrałem omówienie wiersza Janki Kupały, w którym mówił o potrzebie szukania szczęścia blisko siebie. Była to pochwała lokalnego patriotyzmu, więc był to temat idealny dla mnie. Lubię bardzo narzekać na to, że ludzie wstydzą się swojego pochodzenia, a szczęścia szukają gdzieś daleko. Rozpisałem się tak bardzo, że ledwie zmieściłem się w wyznaczonym miejscu. Jak dla mnie 3,5 strony to zdecydowanie za mało. Innym jednak sprawił problem dociągnięcie do 2 stron. Bardzo przyjemnie się pisało, więc i wynik powinien być wysoki. Jedynie co może mi w tym przeszkodzić, to mój charakter pisma i zbyt oryginalne poglądy...
Podobnie jak z chemii, matura była bardzo długa. Jednak była ona wyjątkowo łatwa. Część pytań co prawda odnosiła się do wiedzy na temat nazewnictwa, ale były też zadania, które można było rozwiązać logiką. I to właśnie w nich szło mi najlepiej. Zawsze dobrze mi szło z biologii, pomimo, że nie przejmowałem się zbytnio tym przedmiotem. Liczę na przynajmniej 50%.
W środę ustny z polskiego. Dobry temat wybrałem, do tego nawet przeczytałem książkę, ale i tak mam pewne obawy... Aby tylko było te 6 punktów, nikt nawet na tę maturę nie patrzy.
A w piątek mój faworyt - francuski. Jako jedyny w szkole przystępuję do tego egzaminu. Trochę jest to denerwujące, że nie miałem jak się poduczyć, ale i tak jestem dobrej myśli. A tymczasem do następnego tygodnia!
Język białoruski, ustny
Był to pierwszy egzamin ustny z trzech, jakie mnie czekają. Przed maturami właśnie tego egzaminu obawiałem się najbardziej. Nie chodziło bynajmniej o język, ale o sam temat jaki sobie wybrałem. Kiedy zobaczyłem listę tematów, od razu wybrałem temat o życiu białoruskiego chłopstwa na początku XX wieku w oparciu o "Новую зямлю" Jakuba Kołasa. Poemat był dość długi, przypominał "Pana Tadeusza" (którego właśnie nie cierpię za formę), a do tego był napisany po białorusku. Przez 8 miesięcy zdobyłem się na przeczytanie jedynie 50 stron na 300. Jednak przez sobotę i niedzielę przeczytałem kilkanaście kolejnych rozdziałów, pomijając połowę, a 2 w języku polskim. Nie przygotowałem sobie listy tematów, na jakie miałem mówić, więc zdecydowałem się na improwizację.Nerwy mną trochę szargały, przez co obudziłem się już o 2.30 i nie chciało mi się już spać. Postanowiłem więc zrobić w pamięci próbę generalną. Omawiałem przez 15 minut, a do tego musiałem wyciąć sporą część tematów. Od razu zrobiło mi się lżej, bo nie spodziewałem się, że uda mi się wyciągnąć chociaż do 10 minut. Po tym już tylko spokojnie zasnąłem. Wyjechałem do szkoły trochę wcześniej niż powinienem, więc i sporo czasu tam czekałem. Dosyć było nerwowo, ale rozmowy ze znajomymi jakoś uspokoiły sytuację.
Równo o ósmej zostałem zaproszony do sali. Najpierw zacząłem od opowiedzenia, dlaczego wybrałem ten temat, po czym przeszedłem do rzeczy. Kiedy skończyłem, spojrzałem na zegarek i ogarnęło mnie przerażenie. Mówiłem dokładnie to samo co podczas próby, a minęło jedynie 5 minut! Od tej pory to już była tylko czysta improwizacja. Gadałem co o pijaństwie, o religii, podejściu do miastowych i własnej higieny... Jakoś dociągnąłem moją szemraną białoruszczyzną do 12 minut. Potem pytania... Raczej nie były one zbyt trudne, ale niektórych słów nie rozumiałem, przez co musiałem zapytać o wytłumaczenie. Jakoś to poszło, a na wyniki musiałem czekać do 15.
Kiedy przyjechałem do szkoły, czekała już spora grupka osób. Na szczęście mogłem pogadać z kolegą, który akurat zdawał ustny z polskiego. No i jego grupa otrzymała wyniki jako pierwsza. Dostał on 7/20... Zdaje się od 6 punktów, więc może on mówić o olbrzymim szczęściu. Potem moja kolej... Najpierw informacja, że wszyscy zdali, potem że jest to podsumowanie 3 lat nauki języka. Dostałem 19/20... Jak to usłyszałem, to nie mogłem wprost uwierzyć. Ale potem było jeszcze ciekawiej... Jak się okazało, większość osób miało maksymalną ilość punktów, a nikt nie zszedł poniżej siedemnastki. Mimo wszystko miło.
Chemia, podstawowy
Już następnego dnia miałem zdawać kolejny przedmiot dla chętnych. Nigdy zbytnio nie przepadałem za chemią, ale jeszcze przed maturą rozwiązywałem masę zadań, to od nauczycielki, to z pracy domowej siostry... Wyniki napawały mnie optymizmem, bo zadania nie sprawiały mi jakiejś wybitnej trudności. Na egzaminie, poza mną, były jeszcze 3 osoby z mojej klasy, więc w miarę było swojsko. Matura była dosyć długa. Nie licząc matematyki, najdłuższa. Część zadań, pozornie prostych, sprawiła mi mnóstwo problemów, a inne poszły aż nadto łatwo.Wyszedłem na 5 minut przed czasem. Liczę na przynajmniej 40%, bo egzamin był łatwy.Język białoruski, podstawowy
W środę, 14 maja, wypadł dzień wolny. Ponoć było wtedy jakieś święto żydowskie. Miałem wtedy czas na naukę... czego kompletnie nie wykorzystałem. Nie było przede mną żadnego egzaminu, którego bym się obawiał. Tej nocy spałem dosyć spokojnie, bo wiedziałem czego się spodziewać. Teoretycznie miało to wyglądać tak samo jak test z polskiego, jednak z góry było wiadomo, że będzie on łatwiejszy. W rozumieniu tekstu czytanego było o brukowcach. Tekst był napisany prostym, przyjemnym językiem. Zadania były równie łatwe.W wypracowaniu wybrałem omówienie wiersza Janki Kupały, w którym mówił o potrzebie szukania szczęścia blisko siebie. Była to pochwała lokalnego patriotyzmu, więc był to temat idealny dla mnie. Lubię bardzo narzekać na to, że ludzie wstydzą się swojego pochodzenia, a szczęścia szukają gdzieś daleko. Rozpisałem się tak bardzo, że ledwie zmieściłem się w wyznaczonym miejscu. Jak dla mnie 3,5 strony to zdecydowanie za mało. Innym jednak sprawił problem dociągnięcie do 2 stron. Bardzo przyjemnie się pisało, więc i wynik powinien być wysoki. Jedynie co może mi w tym przeszkodzić, to mój charakter pisma i zbyt oryginalne poglądy...
Biologia, podstawowy
17 maja miał nadejść egzamin, będący dla mnie jedną, wielką niewiadomą. W ogóle się do niego nie uczyłem, nie uczęszczałem na żadne zajęcia dodatkowe, ani nie powtarzałem sobie materiału. Oprócz mnie, zdawała tylko jedna osoba z mojej klasy. Przez cały czas się zastanawiałem, co ja tam właściwie robię, nawet inni patrzyli na mnie z lekkim niedowierzaniem. Dziwniejsi byli jednak dwaj z klasy humanistycznej, którzy zdecydowali się na rozszerzenie...Podobnie jak z chemii, matura była bardzo długa. Jednak była ona wyjątkowo łatwa. Część pytań co prawda odnosiła się do wiedzy na temat nazewnictwa, ale były też zadania, które można było rozwiązać logiką. I to właśnie w nich szło mi najlepiej. Zawsze dobrze mi szło z biologii, pomimo, że nie przejmowałem się zbytnio tym przedmiotem. Liczę na przynajmniej 50%.
A co w przyszłości?
W przyszłym tygodniu czekają mnie kolejne 3 egzaminy. W poniedziałek fizyka. Teoretycznie powinna być moją mocną stroną, w końcu uczę się mat-fizie... Ale mam przeczucie, że aż tak wesoło to nie będzie. Nigdy nie miałem pamięci do wzorów. Do tego nigdy lubiłem elektryczności, a ona będzie na 100%.W środę ustny z polskiego. Dobry temat wybrałem, do tego nawet przeczytałem książkę, ale i tak mam pewne obawy... Aby tylko było te 6 punktów, nikt nawet na tę maturę nie patrzy.
A w piątek mój faworyt - francuski. Jako jedyny w szkole przystępuję do tego egzaminu. Trochę jest to denerwujące, że nie miałem jak się poduczyć, ale i tak jestem dobrej myśli. A tymczasem do następnego tygodnia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)