CZĘŚĆ POSTU ZOSTAŁ NAPISANA JESZCZE PRZED KOŃCEM WAKACJI!
Ostatni post 1 maja... Jak ten czas szybko mija. Jeszcze niedawno tworzyłem plany wakacyjne, a już się zbliża kolejny rok szkolny. Tyle rzeczy sobie na te wakacje zaplanowałem... a tu straszna lipa, bo właściwe nic nie wyszło tak jak powinno. Planowałem wziąć udział w 24-godzinnym wyścigu rowerowym, nie wyszło. Planowałem gdzie dalej wyruszyć rowerem nie wyszło. Planowałem wrócić do tworzenia YTPMV, nie wyszło. Planowałem przez jakiś czas popracować, aby zarobić trochę pieniędzy nie wyszło.Planowałem odwiedzić rodzinę, nie wyszło!
Czy uważam te akacje za nieudane? Raczej nie, mimo wszystko odpocząłem od szkoły i tych cholernych sióstr. Zawsze to coś.
PRAWO JAZDY
Tutaj sprawa nie przedstawia się zbyt wesoło. Jak dotąd to cały czas oblewałem, głównie przez własną głupotę. Za pierwszym razem nie wyjechałem nawet z placu. Zapomniałem odpuścić hamulec ręczny.
Za drugim już poszło mi o niebo lepiej. Wyjechałem bez większych problemów i dosyć dobrze mi szło. Jednak po 30 minutach zacząłem się strasznie denerwować, że tak to się przeciąga. Ręce mi latały, na szczęście egzaminator tego nie zauważał. Później jednak dochodziło do tego, że skręciłem w złym kierunku, a potem nie zatrzymałem się przed skrzyżowaniem. Zakończyłem ten egzamin po 45 minutach.
Trzeci egzamin był jednak najgorszy. Trafiłem albo na jakiego parapeta, albo kogoś cholernie zdenerwowanego. Wyjechałem z placu bez większych problemów, jednak już niedługo po tym zaczęło się jego narzekanie na to, że strasznie się wlokę (jechałem 40km/h). No cóż wolałem żeby było bezpieczniej... Potem zaczął mnie wysyłać po ciasnych uliczkach, gdzie było parę pułapek. Jakoś to poszło, jednak ostatecznie zatrzymał mnie za... przekraczanie prędkości. No świetnie... Ostateczny wynik: 50 minut.
Po tym egzaminie musiałem obie dokupić dodatkowe godziny. Na szczęście koleżanka mamy była instruktorką, więc miałem do kogo się zwrócić. Pierze co dało się zauważyć było to, że ona nauczała innego stylu jazdy. Poprzednio byłem przekonany, że aby ruszyć, trzeba najpierw wcisnąć gaz, a później puścić sprzęgło. U niej było odwrotnie. W sumie to nawet wyszło mi to na dobre. Nawet miałem swoją pierwszą kontrolę drogową. Nic przyjemnego, instruktorka dostała 100-złotowy mandat, za to że... nie wzięła moich dokumentów. Lipa jak cholera.
Następnego dnia, po drugiej jeździe, miałem kolejny egzamin. Tym razem jakoś podszedłem do tego spokojnie, wręcz to olewałem. Kiedy jednak tylko zobaczyłem tego, który miał mnie egzaminować, to od razu sobie powiedziałem "o nie, Nic z tego nie będzie!".Jak się okazało wcale nie było tak źle, wręcz udawało mi się go zagadywać. Jechałem całkowicie bezbłędnie (no jedynie na początku trochę noga na sprzęgle latała, ale to nic). No ale niestety, nadszedł moment w którym miałem zawrócić. Próbowałem więc skręcić w lewą uliczkę, aż tu nagle... poczułem hamowanie. Cholerna lipa, bo nie przepuściłem pieszego, który stał około 1,5 metra od jezdni .Na nic się zdały moje wytłumaczenia. A najgorsze jest w tym wszystkim to, że... to było moje ostatnie zadanie! Czas: 55 minut.
Kolejny raz, piąty, już kompletnie nie wykazywałem żadnych emocji. Jenak długa przerwa od samochodu dała o sobie znać. Właściwie nic mi nie wychodziło. Już na placu prawie nie zawaliłem, bo próbowałem ruszyć na hamulcu ręcznym. Znowu! Na szczęście zdążyłem się zorientować. Potem górka. Zawaliłem! Jakoś jednak się udało przy drugiej próbie. Od razu po wyjeździe miałem zaparkować. O ile wjazd był bezbłędny, to wyjazd był masakryczny. Właściwie wyjechałem na ukos ulicy. Nie wiem jakim cudem mnie już wtedy nie oblał. Potem zawracanie... No i tutaj zakończyłem swój egzamin. Byłem zbyt pewny siebie i próbowałem zawrócić przy użyciu... drogi jednokierunkowej. Do tego zatrzymałem się przy zakazie zatrzymywania się... Oblałem egzamin podwójnie. Czas: 35 minut. Właściwie już wtedy chciałem się przenieść do Łomży, ale z głowy wybiła mi to mama.
No cóż, mam nadzieję, że mi się wreszcie uda, bo jak nie, to przenoszę papiery to Łomży i tam będę zdawał. Tylko olewać siostrę, która to twierdzi, że zda przede mną...
Siostra
Ano właśnie, siostra. Miała dwa miesiące na to, żeby nauczyć się do egzaminu poprawkowego. Dostała nawet pytania, a od koleżanki gotowe odpowiedzi z wyjaśnieniami. No ale cóż z tego, skoro przez ten czas nawet ani razu do tych zadań nie zajrzała... Jak na to zareagowała? Może poczucie winy, skrucha? Oczywiście że nie, stwierdziła, że to nie jest jej wina, że oblała, tylko matki, bo nie wynajęła jej korepetytora. Śmieje się dzisiaj z tego, że ja nie daję rady z tym prawem jazdy... Ciekawe czym sobie wytłumaczy to, że obleje ona teorię? (A na pewno tak będzie!) Że ludzie nie dawali jej czasu na naukę? Kretynka bez krzty samokrytyki... Nic więcej ciekawego na ten temat nie ma do napisania.
WICHURA
Podczas tych wakacji pogoda nie była zbyt dobra... znowu. Jednak pewnego dnia stało się co, co przerosło wręcz moje oczekiwania. Był to normalny, typowy dzień. Wręcz bezchmurne niebo.Nie minęło kilka minut i nagromadziły się chmury burzowe. W sumie każdy spodziewał się tylko przelotnych opadów, jednak po pewnym czasie zaczęło tak lać, że nie widać było ulicy będącej 10 metrów od domu. Na koniec jeszcze zerwał się cholernie silny wiatr. Pierwsze co zauważyłem, to leżący stół w ogrodzie, jednak zaraz potem usłyszałem dźwięk zgniatanego metalu. Było pewne, że kogoś wiatr pozbawił dachu. Potem jeszcze poszły ikry pod słupa wysokiego napięcia.
Jak tylko deszcz przeszedł, od razu każdy wyszedł z domu aby ocenić szkody. Widok był normalnie katastrofalny. Wszędzie leżały połamane drzewa, na łące leżała blacha z dachu, u nas na płocie kabel ze słupa leżał (nie wiadomo było, czy nie był pod napięciem, a brama była metalowa). Jak się okazało u mnie nie było właściwie żadnych trat. Ojciec obawiał się, że szklarnia (zrobiona z folii), już leży u sąsiadów. Jak się okazało jedynie ją lekko przechyliło. Wiatr który przewracał drzewa, nie dał rady z kawałkiem folii... Wiem, że w niektórych rejonach Polski to się zdarza nawet co rok, jednak ja widziałem takie coś pierwszy raz w życiu.
Zawody Nordic Walking
No dobra, po wyżaleniu się czas na coś chociaż trochę pozytywnego. Podczas jednego z WFów nauczyciel powiadomił nas o zawodach w Nordic Walking. W sumie na początku to się śmiałem, że chodzić to i bez kijków potrafię, jednak pod wpływem chwili dołączyłem do grupy chodzącej z kijkami. Podobnie mieli zrobić daj inni z mojej grupy, jednak szybko się poddali jak nie dostali właściwych kijów, przez co byłem rodzynkiem wśród dziewczyn... Po tym treningu jedynie słyszałem głupie docinki ze trony reszty grupy, a już zwłaszcza mieli ubaw, jak powiedziałem, że byłem pewien tego, że to wymaga więcej pracy rękoma... A niech się śmieją dewianty, na zdrowie. W sumie przez cały czas nie miałem ochoty brać w tym udziału, "no bo sobota", "no bo nikt znajomy nie idzie", "no bo to 5 km", "no bo to będzie nudne". A jednak się zapisałem, a niedługo potem się dowiedziałem, że to są Mistrzostwa Polski. Na szczęście się jakoś się udało przekonać mojego przyjaciela do wzięcia udziału. Były drobne problemy, bo zapisał się zbyt późno, jednak jako udało mu się skombinować udział. A już byłem pewien, że wystartuje za jakąś dziewczynę...
W dniu zawodów zebraliśmy się wszyscy pod szkołą, po czym pomaszerowaliśmy na kolejki leśne. W sumie to nie spodziewałem się aż takiej liczby uczestników. Wypożyczenie kijów, krótka rozgrzewka i idziemy na linię startu. Panowało niezłe zamieszanie, przez co ja z kolegą wystartowaliśmy z grupą 30-latków... 3 minuty po starcie naszej. Byłem pewien, że to nie może być trudne, jednak już na początku wszyscy mi odskoczyli, poza jednym, który wyglądał jak wojskowy. Byłem pewien jednak że też niedługo mi ucieknie, jednak już po pół kilometra mu zwiałem. Podczas pierwszych kilometrów właściwie każdy mnie wyprzedzał. Widziałem nawet jak właściwie ktoś prawie że biegł. Próbowałem zrobić to samo, jednak szybko zostałem ochrzaniony przez resztę uczestników i wróciłem do normalnego chodu. Później zaczęło mnie to wybitnie denerwować, że wyprzedzały mnie nawet 10 letnie dzieci, ponadsiedemdziesięcioletni dziadkowie, a nawet jakiś koleś bez jednego kija, przez co nieźle przyśpieszyłem. Właściwie z ostatnich 2 kilometrów to już nic nie pamiętam, tylko jedynie że zobaczyłem tego swojego kolegę i zawołałem do niego "mam cię mendo!" i że niedługo potem go dogoniłem i wyprzedziłem. Nie patrzałem po tym za plecy, bo byłem pewien, że jest on bardzo blisko i tylko czeka żeby mnie przegonić. Tak pogoniłem na ostatnich metrach, że powyprzedzałem kilkunastu innych uczestników, a przed nim byłem o 20 sekund. Od razu po przekroczeniu linii mety zawołałem do niego "A mówiłem że będę przed tobą?!" (mieliśmy mały zakład, że będę przed nim). Jak się później okazało, zająłem 7 miejsce w swojej grupie ze stratą 8 minut i 17 sekund, a w generalnej 124 miejsce ze stratą 10 minut i 6 sekund (na 240 uczestników!). Gdybym jednak wystartował ze swoją grupą to bym zajął odpowiednio 5 i 93 miejsce! Sukces, jak na pierwszy raz.
Co więcej, to mi się bardzo spodobało, przez co wybieramy się na kolejne zawody w Gdańsku. Nie wiem jak sobie poradzimy, ale myślę, że będzie fajnie.
To tyle na dzisiaj. Do następnego!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz