Wszystko ię zaczęło już pod koniec września, po hajnowskich zawodach Nordic Walking, kiedy to mi się bardzo spodobało. Jak się okazało nie byłem jedynym, bo i kolega powiedział, że fajnie było. No i rzucił hasło o wyjeździe do Gdańska na zawody. Na początku jedynie przychodził mi do głowy śmiech, no bo w końcu po co leźć na drugi koniec Polski, tylko po to, żeby sobie pochodzić z kijkami. Niedługo jednak przemyślałem tą całą sprawę i doszedłem do wniosku, że... w sumie mogę pojechać. Zawsze to lepiej niż siedzieć całe dnie w domu. Postanowione, mieliśmy się wybrać, a koszt całej wyprawy musiał się zamknąć w 200 zł.
No i zaczęły się pozorne problemy, bo tak naprawdę do dnia wyjazdu udało nam się ustalić jedynie pociąg, którym mieliśmy dojechać do Gdańska, oraz że jego rodzice zabiorą nas z Białegostoku do domu. W sumie to cały czas nie wierzyłem, że to się może udać, bop specjalnie nawet się z lekcji zwalniałem, aby omówić z nim szczegóły, a on mnie spłaszał. Do tego dzień przed wyjazdem miałem jakiś dziwny sen... "koszmar", czy co takiego. Nie wiem jak to nazwać. Był on tak chaotyczny, że obudziłem się o 3 rano z potwornym bólem głowy, a do tego jeszcze zaczął mnie męczyć kaszel i gorączka. Ledwie do szkoły doszedłem i nawet zacząłem obmyślać plan, żeby jakoś się z tego wymigać. Jednak jedynie co wymyśliłem, to spytanie jego, czy naprawdę chce pojechać. Odpowiedź była twierdząca. Do końca lekcji jednak jakoś choroba cudownie przeszła. Zwolniłem się z ostatniej lekcji, języka francuskiego (swoją drogą nieźle mnie nauczycielka tam uciska. Jako jedyny się zgłosiłem jednak do matury, więc nie ma co się dziwić, co nie zmienia jednak faktu, że zwolniłem się z przyjemnością.). Przekazałem jedynie mojej sąsiadce, aby przekazała jej moje wypracowanie, po czym wróciłem do domu, aby się przygotować. Jednak powiedzieć, że do tego przyłożyłem, to gruba przesada. Ledwie 10 minut przed wyjściem wypakowałem plecak z książek i wsadziłem tam jedynie "Ferdydurke", zestaw sudoku, oraz bluzę, którą to mama mi dyskretnie wpychała na drogę. Wziąłem na drogę 500 zł, a w sklepie kupiłem sobie 4 bułki ze szpinakiem i 2 butelki wody. Miało mi to starczyć na całą drogę.
Po dojściu na przystanek autobusowy, zobaczyłem już czekającego na mnie kolegę. Nieźle się niecierpliwił. Po kilku minutach czekania nadjechał autobus, który miał nas zawieść do Białegostoku. Na szczęście znalazły się 2 miejsca siedzące, jednak ta droga nie była zbyt cicha. Za nami siedziały 3 nastolatki, które to, jakby to powiedzieć... były dosyć hałaśliwe. Puszczały soją muzykę na cały głos i wyśmiewały się ze wszystkiego po kolei. Na początku mnie to denerwowało, jednak po pewnym czasie przestało mi to przeszkadzać. W sumie to nawet cieszyłem się, że co niszczy tą wszechobecną nudę.
Po dojeździe na peron okazało się, że kolega był tam po raz pierwszy w życiu. Ja też w sumie. Byłem tam kiedyś, ale to było 8 lat wcześniej, a wszelkie formalności, jak bilety załatwili za nas organizatorzy kolonii... No ale nic, za późno było na poddanie się. Kupiliśmy bilet na dworzec wschodni w Warszawie (kolega cały czas się wahał, czy to na pewno chodziło o wschodni, no ale jednak kupiliśmy taki. Swoją drogą nie wiedziałem, że będzie aż tak tani. Kosztował tylko 25 zł.). Pociąg miał odjechać za 3 godziny. Nie chciało nam się tam siedzieć i czekać, więc wyszliśmy trochę się przejść. Doszliśmy do jakiegoś tunelu. Po drodze kolega sprawdził jeszcze, czy na pewno miał być to dworzec wschodni. Okazało się, że kupiliśmy właściwe bilety, a jemu zżarło 10 zł. Do tego okazało się, że się zgubiliśmy. Zaczęliśmy krążyć jakimiś uliczkami, a czas się kończył. W końcu dowiedzieliśmy się od przechodniów jak tak dojść. Odległość była ogromna, aż się łapałem za głowę od tego, jak daleko zaszliśmy. Wróciliśmy na dworzec i już kilka minut później przyszła informacja, że pociąg już czeka. Na początku kolega był zdezorientowany i próbował dojść do pociągu przez tory, jednak pokazałem mu drogę przez wiadukt. Wsiedliśmy do pociągu i zajęliśmy swój przedział. Jak się okazało cały był tylko dla nas. Wówczas już byłem pewien, że nie ma powrotu.
Pociąg ruszył kilka minut po czasie. Trochę zacząłem się denerwować, bo jak ustaliliśmy, mielimy tylko 8 minut na kupienie biletu do Gdańska w Warszawie i zajęcie swojego miejsca. Wyjąłem swoją książkę i zacząłem czytać. Na początku kolega próbował mnie zagadywać, jednak po czasie rozłożył się na siedzeniach i zasnął. Powiedziałem mu, że go obudzę w Warszawie. Książka swoją drogą na początku nieźle przymulała i też prawie zasnąłem, jednak musiał ktoś pilnować, żeby nie przejechać przez ten przystanek. Na szczęście była podawana informacja o której godzinie spodziewają się dojechać na miejsce. Pociąg miał przyjechać o 22:36. Ustawiłem sobie budzik na 10 minut wcześniej. Po jakichś 2 godzinach zobaczyłem Warszawę. Rozpoznałem ją jedynie po kolorach tablic z nazwami ulic. Sam nigdy tam nie byłem. Przy wysiadaniu z pociągu jedynie zapytałem przypadkową osobę, gdzie jest kasa biletowa.
Pognaliśmy tak szybko, jak tylko się dało i "ustawiliśmy się kolejce". Pewien mężczyzna jednak nas ostrzegł, że trzeba było wziąć swój numer i czekać na wylosowanie. Strasznie się denerwowaliśmy czekając na swoją kolej, bo pociąg miał odjechać lada chwila, a jakieś kobiety strasznie wlokły się z wykupieniem biletów. Po kupieniu ich od razu polecieliśmy szukać naszego pociągu, ale nigdzie go nie było... Już nawet zacząłem rozmyślać w jaki sposób wrócić do domu. Na szczęście ten sam mężczyzna powiedział nam, że ten pociąg spóźni się o 50 minut, a kolega zostawił w kasie biletowej swoje kijki. Kamień spadł mi z serca. Czekając na pociąg uważnie obserwowałem otaczających mnie ludzi. Zdziwiłem się strasznie bo jak się okazało... oni kompletnie nie różnili się od Podlasian. Tak samo się ubierali, tak samo zachowywali... Nawet prawie nie padłem ze śmiechu, jak zobaczyłem grupkę mężczyzn jedzących pasztet łyżką. Pociąg przyjechał z 55 minutowym opóźnieniem.
Kolega wsiadł do pociągu, a ja kilka ludzi po nim. Zgubiłem go, szukałem po całym wagonie, ale nigdzie go nie było. Wsiadłem więc do przedziału, który wyglądał na najbardziej "cywilizowany". Siedziałem tam z 2 starszymi kobietami, studentem, studentką i pijakiem. Jedna scena wybitnie wżarła mi się w pamięć. Pijak ten wyszedł z przedziału i stanął przy oknie obserwując Stadion Narodowy. Ten stadion w telewizji wydawał się o wiele mniejszy! Aż szkoda, że nie wyszedłem, aby go zobaczyć bliżej, zrobić zdjęcie.
Później już niewiele się działo. Ludzie to wsiadali, to wysiadali, ten pijak cały czas gadał jakieś głupoty, że nikt go słuchać nie chciał. Była pewna kobieta, co czytała książkę pisaną po łacinie, było dwóch facetów, co prawie że nie przyłożyli dla pijaka, była nawet grupka Japończyków. Podróż strasznie się dłużyła, więc w tym czasie próbowałem jakoś zasnąć. Zasypiałem jednak za każdym razem jedynie na kilka minut. Pociąg na szczęście się spóźniał, dzięki czemu zyskiwałem czas na sen. Dojechaliśmy na miejsce o godzinie szóstej. 1,5 godziny po czasie. Dzięki temu nie musieliśmy latać po mieście o 4 nad ranem. Po tym jak wysiadłem z pociągu od razu zobaczyłem jego znowu. Jak się okazało cały czas był on innym wagonie. W ogóle nie wiedziałem, że można przechodzić między wagonami w czasie jazdy...
Od razu poszliśmy do podziemi i przypadkiem kolega zauważył, że po Gdańsku krąży pociąg miejski, do tego z przystankiem niedaleko naszego celu. W sumie dla nas to było coś całkowicie nowego, ale bez żadnego zawahania kupiliśmy bilety i już kilka minut później przyjechał nasz pociąg. Nawet dla mnie on się wydawał strasznie przestarzały, ale najważniejsze że się dało jechać. Kilka siedzeń dalej siedział jakiś naćpany koleś, który to niezbyt przejmował się tym, że w pociągu są inni ludzie. Darł ryja na każdego po kolei, wydawał z siebie jakie dziwne dźwięki... Na szczęście niedługo potem wysiadł. Kilka przystanków później i my wysiedliśmy. Od razu ruszyliśmy w przypadkową stronę i jak się okazało wybraliśmy dobrze. Zapisaną miałem ulicę Biblioteki AWFiS. Trochę pokrążyliśmy po niej, szukając prawidłowego adresu, przy okazji dochodząc do Sopotu. W końcu doszliśmy do naszego celu. Jak się okazało ludzi nie było zbyt wielu, no ale byliśmy 3 godziny przed czasem, więc nie ma co się dziwić. Razem z kolegą się zapisaliśmy na dystans 10 km (początkowo chciałem na 20 km, jednak samemu nie chciało się tyle leźć). Dostałem numer 2, a kolega numer 3. Na zawodach było zaproszonych kilku znanych gości, jak Leszek Blanik, Adam Korol, czy Aki Karihtala. W sumie to nawet fajna panowała atmosfera. Start trochę się opóźnił, jednak mi to nie przeszkadzało. Najpierw ruszyła grupa VIPów, potem tych co szli na 20 km. Potem nadeszła kolej na nas.
źródło: https://plus.google.com/photos/102991056977454628111/albums/5796857622721736369?banner=pwa
Rozpoczęło się odliczanie i ruszyliśmy. Wszystkie nasze przygotowania miały na celu dojście do tego momentu. Oczywiście od razu wszyscy mnie powyprzedzali. Już na początku zrozumiałem, że chyba popełniłem błąd, wybierając ten dystans. Jeszcze przed wyścigiem ostrzegano nas, że trasa będzie wyjątkowo trudna. Nie mylili się. Czas i trasa strasznie się dłużyły. Kiedy byłem pewien, że jestem już w połowie okrążenia, okazało się, że przeszedłem... 1 km. Ogólnie to było bardzo ciężko.
Sędziowie wokół pilnowali nas, żebyśmy szli zgodnie z zasadami, jednak to było bardzo ciężkie podczas schodzenia po stromym zboczu. Trzeba było się pilnować, by nie podbiegać. Teren był wybitnie górzysty, do tego śliski od błota. Jednak najgorszy był... asfalt. kijki kompletnie nie chciały do niego przylegać, odbijały się. Dla organizatorów należą się wielkie gratulacje ze wybór trasy, bo to nie był tylko las, ale i czasami szliśmy wzdłuż różnych atrakcji turystycznych. Zwłaszcza podobał mi się pewien domek w lesie, koło oczka wodnego. Kiedy doszedłem do końca pierwszego okrążenia byłem całkowicie wyczerpany... a czekało mnie jeszcze jedno. Przeszedłem jednak je z o wiele mniejszymi problemami. Przy okazji jakiegoś kolesia za mną zdyskwalifikowali... Końcówkę wyścigu przeszedłem już w ulewie. Poczułem olbrzymią ulgę po dotarciu do mety. Dali mi mój medal i stos reklam, ale już zupy nie, a kolega dostał je dwie. Na szczęście jego dobroduszność nie zna granic i podzielił się. Przy okazji dowiedziałem się że przyszedłem około 20 minut za nim... Jeszcze mieliśmy plan dojść nad morze. Pewne panie nam poradziły, jak tam można się dostać.Sam już ledwie chodziłem, jednak jakoś udawało mi się utrzymywać jego tempo. Doszliśmy na przystanek tramwajowy i już po kilku minutach przyjechał nasz tramwaj. Kolejna nowość w moim życiu. Nigdy wcześniej nawet tramwaju nie widziałem, a tym się przejechałem, do tego na gapę.Na ostatnim przystanku wysiedlimy i pytaliśmy się jeszcze pewnej pani jak dojść nad morze. Okazała się ona bardzo miła i pokazała nam drogę, pomimo że jej to nie było to jej po drodze. Przeszliśmy przej jakąś bramę i naszym oczom ukazała się olbrzymia plaża i Bałtyk. Zobaczyłem morze po raz drugi w życiu, po 8 latach przerwy.
Wówczas poczułem, że zrobiłem wszystko, co miałem już do zrobienia. Nazbierałem kilka muszli, napełniłem butelkę wodą i wróciliśmy na nasz tramwaj. Pojechaliśmy późniejszym niż powinniśmy, ale tym razem już z biletem. Mieliśmy sporo wątpliwości, czy on jedzie na dworzec, pytałem się ludzi o to kilkakrotnie. Na szczęście dojechaliśmy o czasie. Znowu musieliśmy biec kupić bilet, bo pociąg miał przyjechać za 12 minut. I znów zdążyliśmy, a pociąg przyjechał o czasie.
Po wsiąściu postanowiliśmy, że będziemy tym razem trzymać się razem. W sumie to była nasza koć niezgody, bo nigdzie nie było miejsca. Nawet się pokłóciliśmy. Na szczęście pewna kobieta z dzieckiem wpuściła nas do swojego zarezerwowanego przedziału. Kolega na początku był dosyć obrażony i cały czas jednak wiedział na korytarzu, więc musiałem jakoś rozluźnić atmosferę. Podszedłem do niego, a ten mnie przeganiał. Powiedziałem jemu, że nie chce mi się samemu tam siedzieć, bo nudno i czy mógłby powysyłać mi kilka zdjęć. W sumie z podróży powrotnej już niewiele pamiętam. Ta pani okazała się bardzo miła i dawała nam kanapki, a nawet słodycze, bo sama wzięła za dużo. Zasnąłem bardzo szybko i kolega mnie obudził dopiero w Białymstoku.
Wysiedliśmy z pociągu i zrozumiałem, że to już jest koniec, że jeszcze tylko powrót do Hajnówki i to wszystko się skończy. Zgodnie z planem jego rodzice odwieźli mnie do domu. Te kilkanaście metrów jednak było totalną mordęgą. Na stopach porobiły mi się odciski, a do tego jeszcze wlazłem w słoną wodę. Jednak idąc swoim tempem jakoś doszedłem do domu. Wszyscy byli zdziwieni, że pojawiłem się tak wcześnie (Było około północy). Jeszcze tylko wziąłem prysznic i zasnąłem.
Jak się okazało, zrealizowaliśmy nasz plan w pełni. Nie mieliśmy żadnych opóźnień, kradzieży, czy innych niemiłych sytuacji. Przy okazji zrozumiałem, że naprawdę nie warto wierzyć mediom w żadnej sprawie. Przedstawiają polską kolej jako całkowicie upadłą, pokazują jak ludzie wchodzą do pociągu przez okna. Mam wrażenie jednak, że te skrajne sytuacje są przedstawiane jako typowe tylko po to, aby więcej zarobili. Odzyskałem też całkowicie wiarę w ludzi. Każdy proszony o pomoc człowiek, jakoś próbował tą prośbę wypełnić. No i najważniejsze, że przeżyłem swoją najlepszą podróż w życiu. Wreszcie wyruszyłem gdzieś dalej, bez żadnej opieki, licząc właściwie tylko na siebie. Jak dotąd najdalej samemu byłem w Narwi.
Ale się rozpisałem... No dobra, podobnie jak i moja podróż, tak i ten wpis dobiegł końca. Mam nadzieję, że jeszcze będę miał okazję przeżyć coś podobnego, a tymczasem to by było na tyle.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz