piątek, 26 kwietnia 2013

To już jest koniec...

26 kwiecień, kolejny dzień do szkoły... i ostatni. Dzisiaj właśnie, mam nadzieję, ukończyłem naukę w liceum, a przede mną już tylko matura. Ale od początku:
Dla niektórych nauczycieli rok szkolny skończył się właściwie już w lutym. Z francuskiego nauczycielka stwierdziła, że skończył się już materiał, więc jedynie pracowała ze mną. Z geografii już też przestała obrabiać materiał, pomimo tego, że jeszcze sporo zostało. Podobnie z chemii i biologii. Z historii, co się pewnie dla wielu narodowców nie spodoba, też dosyć pobieżnie podchodziliśmy do sprawy. Już wtedy wszyscy czuli, że ten okres już się kończy...
Czas płynął, coraz więcej osób wolało zostać w domu, zamiast gnić w ławkach, a prawie każdy nauczyciel nic nie robił na lekcjach, no bo po co? W tym czasie swobodnie uczyłem się z chemii i fizyki, a z francuskiego co tydzień wypracowania (próbowałem pogadać z Francuzami, ale nic z tego nie wychodziło. Albo uważali, że jestem 9-letnim dzieckiem, bo nie umiem pisać, albo całkowicie olewali... Strasznie niemiło)
2 tygodnie przed końcem... Ludzie właściwie w ogóle przestali przychodzić. Normalna frekwencja wynosiła 28/30. Wtedy już tylko 10/30 (na matematyce i fizyce 20/30). Jedynie na przedmiotach maturalnych pracowałem, więc i ja się zastanawiałem, czy warto tam siedzieć. Postanowiłem jednak, że spędzę te ostatnie chwile  liceum. W międzyczasie dostałem wezwanie do stawienia się przed komisję wojskową, więc i kolejny dzień wypadł. Na jednej z lekcji matematyki nauczycielka rozmawiała na temat zbliżającego się końca. Dosyć niepotrzebnie wpadłem w dyskusję na temat mojej sytuacji rodzinnej. Miałem wrażenie, że się ona prawie nie popłakała... a może to był katar?
Ostatni tydzień. Średnio 3-4 osoby na lekcjach, tyle samo na W-Fie. Nauczyciele byli bardzo zdziwieni, że jeszcze ktokolwiek się pojawiał. No ale w szkole były lepsze warunki niż w domu. Nawet na lekcji religii nauczyciel zaczął z nami całkiem normalnie rozmawiać, bardzo szczerze. W środę, przedostatni dzień byłem jedynie na francuskim. Próbny test poszedł mi doskonale. Na biologii sama nauczycielka mnie wygoniła, bo miałem dostarczyć usprawiedliwienia. Nawet wychowawczyni mi mówiła, abym je podrobił... Kiepski w tym jestem i jednak musiałem czekać. Czwartek - ostatni dzień nauki. Przez cały dzień były ledwie 3 osoby. Na białoruskim byłem sam, bo mieliśmy zastępstwo z mało lubianą nauczycielką. Nie dała mi się uczyć, ale bardzo fajnie się dyskutowało na temat Białorusi. Nawet nie wiedziałem, że tak dobrze rozumiem ten język... Przy okazji dowiedziałem się, że w moim regionie nie ma Ukraińców, a jedynie Białorusini, którzy polecieli na kasę i próbują wmówić ukraińskość innym.

Ostatni dzień, zakończenie roku szkolnego... Przystroiłem się, jak należy, no i wyszedłem po swój rower (a co? Na samochód mnie nie stać!) Oczywiście tradycyjnie dętka przebita... Zajechałem damką mamy na czas. Straaaaaaasznie się to przeciągało. Dyrektor, którego tak nienawidzę, przedłużał swoje przemówienie, w innym rogu siedzieli uczniowie młodszych klas, którzy byli zmuszeni zostać przez swoich nauczycieli (serio, nie rozumiem tego. Po co ten sztuczny tłum? Żeby na zdjęciach ładniej wyglądało?)
Wyczytywanie nazwisk uczniów z wyróżnieniem... U nas to całkiem sporo tego było, bo 12 osób. Później uczniowie z osiągnięciami... kolejnych trzech. Potem już tylko tych szarych, nie wyróżniających się, a wśród nich ja. Niektórym wyczytano jako osiągnięcie wzięcie udziału w Pucharze Polski w Nordic Walking. Mnie nie wyczytano, a brałem udział nawet w Pucharze Świata ;). Nic, to nie jest kompletnie ważne. Po nas wyczytywano inne klasy... Moja sąsiadka stwierdziła, że to wszystko wali i nie przyjdzie do szkoły. Było też wyczytywanie nazwisk rodziców, którzy mieli przyjąć listy gratulacyjne. Wyczytano moją mamę, ale była akurat w pracy... Jakoś jednak żalu nie czułem.
Potem krótkie przedstawienie wokalne. Pierwszy zespół śpiewał Adele... Ogólnie ciężko ją naśladować, a dziewczyny kompletnie poległy. Nic, liczy się gest. Potem nasz szkolny zespół "Zniczka". Nie było ich właściwie słychać. Zła akustyka sali i brak mikrofonów. Rozdawanie kwiatów i wszystkie klasy zeszły się na ostatnie spotkania z wychowawcami.
Nasza wychowawczyni chciała coś powiedzieć, ale nerwy przeważyły i się popłakała, jak i część dziewczyn. Też ledwie powstrzymywałem łzy. Wcześniej dosyć pobłażliwie podchodziłem do tego dnia i całej szopki, ale w tym momencie zrozumiałem, że nic już nam nie pozostało, jak tylko się pożegnać. Jeszcze tylko odbiór listów gratulacyjnych, zdjęcie grupowe i... i koniec. Nasza klasa przestała już oficjalnie istnieć.
Postanowili zrobić jeszcze jakieś spotkanie, ale już wcześniej sobie postanowiłem, że zerwę jak najszybciej wszelkie kontakty z nimi. Odmówiłem też przyjazdu na pomaturalną imprezę. Jako jedyny w klasie... Jeszcze w szatni spotkałem kolegę i spytałem, czy wybiera się z nimi. Ten mi na to: "Wybrałbym się z nimi, nawet wypiłbym piwo, którego nie cierpię, no ale k**wa jest post. Święta miną i będę mógł z nimi wypić na następnej imprezie". Pierwszy raz w życiu usłyszałem, żeby on z nerwów przeklął. Dlaczego nie będę uczestniczył w tej imprezie? Pomimo tego, że nie uzewnętrzniam tego, mam do nich wielki żal, że przez ostatnie 7 miesięcy pomijali mnie przy zapraszaniu na zabawy. No jasne, wystarczyło się zapytać, ale jak skoro dowiaduję się o niej dopiero w dniu, w którym ma się ona odbyć? Nawet na osiemnastkę jednej z koleżanek była zaproszona prawie cała klasa... Było, minęło. Dzisiaj płaczą, a za kilka dni nie będą poznawać.
Myślałem, żeby zrobić podsumowanie tych 3 lat w liceum, ale raczej to nie ma już najmniejszego sensu. Wszystko co pamiętam z pewnością pozostanie mi w głowie przed długi czas, a jeżeli nie... no trudno, z pewnością wydarzy się jeszcze masa innych rzeczy, które będą godne zapamiętania. A tymczasem DO MATURY!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz