piątek, 31 maja 2013

Matura, tydzień 4

Tym razem krótko, bowiem czekał mnie w tym tygodniu tylko jeden egzamin. Ustny z języka angielskiego. Właściwie się nawet zastanawiałem, czy nie połączyć obu postów.

Język angielski, ustny

W poniedziałek, 27 maja, czekał mnie ostatni egzamin w tym maturalnym maratonie. Sam egzamin już wcześniej wliczałem do tych "niskiego ryzyka", bo potrafię komunikować się w tym języku w miarę płynnie, a szkoła nie wymaga zbyt wiele od swoich uczniów. Z tego też powodu nie szargały mnie nerwy, nie czułem, że muszę dać z siebie wszystko, nawet nie przejmowałem się tym, że mogę się spóźnić. Przyjechałem do szkoły dość wcześnie, ale już dwie dziewczyny z sąsiedniej klasy czekały na egzamin z polskiego... Współczuję im, że dali im tak późny termin. Przed egzaminem zostałem poproszony przez nauczycielkę, abym nie rozgadywał się zbytnio, dzięki czemu szybciej to pójdzie. W sumie to było trochę mi nie w smak, bo nie potrafię się streszczać w rozmowach. Zostałem zaproszony przed czasem. Najpierw "rozmowa wstępna". Proste pytanie jak się czuję i tak dalej. Potem odgrywanie roli kupującego psa... Gadałem tak okrężnie, że często musiałem się powtarzać. Następnie opis zdjęcia z jakimś kolesiem na pustym porcie lotniczym, a na koniec wybór sposoby na znalezienie mieszkania.Tutaj też nie ma nad czym się zbytnio rozpisywać. Egzamin ukończyłem już po 10 minutach. Na wyjściu jeszcze spotkałem koleżankę z klasy, której to przekazałem wiadomość o streszczaniu się, po czym wróciłem do domu.
Spodziewałem się, że wyniki tradycyjnie przyjdą o 15.30, więc opóźniałem swój przyjazd. Wyjechałem o 14.50, przy czym jechałem bardzo ostrożnie, bo słyszałem grzmoty. Jak dojechałem na miejsce, to od razu zrozumiałem, że egzaminy skończyły się pół godziny przed moim przyjazdem... Spodziewałem się, że chociaż ostatni raz zobaczę swoją klasę w pełnym składzie... No nic, spotkałem moją egzaminatorkę, a ta podała mi wynik. Miałem 25/30, co w sumie jest wynikiem bardzo pozytywnym, jak na kogoś, kto nie wyrabiał się w nauce angielskiego w szkole.
Po tym pojechałem do swojej ciotki, aby opowiedzieć jej o wszystkim. Rozmowa widocznie kleiła się trochę słabiej, ale i tak było miło. Po 2 godzinach wróciłem do domu i jedynie co mi pozostało, to wyrzucić swoje "świąteczne" ubrania do prania... To już jest koniec!

Plany na przyszłość

Nie mam dokładnie ich ustalonych... Myślałem żeby pójść na budownictwo (chciałem na architekturę, ale rysować nie umiem!), albo informatykę (ale sporo innych też chce... może być za duża konkurencja w przyszłości). Mam czas w do końca miesiąca na wybór uczelni. Jeżeli się nie wyrobię... No to klops, bo pozostanie mi pójście do roboty (co zresztą i tak będę musiał zrobić na tych wakacjach). Ewentualnie służba wojskowa... nie, na to już się nie zgodzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz